Wszelkie zdjęcia i teksty zamieszczone na tym blogu są objęte prawami autorskimi. Kopiowanie i rozpowszechnianie ich bez zgody autora jest ZABRONIONE!!!

Z życia Ani, czyli historia Anuszki rok 2011 i 2010

Anna Oliwia, 
urodzona w Kielcach 24 stycznia 2008 roku, 
o godzinie 15:35. 
Waga- 3600g, wzrost- 57cm. 
Córka Anny i Piotra. 
Radość szczęście i miłość.

A było to tak...

Ania, czyli rodzicielka pochodzę z Kielc, od zawsze wieczna marzycielka, kocham taniec, śpiew muzykę, i tak bez końca mogę wymieniać. Na studia wybrałam Wrocław- miasto piękne i urocze- do studiowania najlepsze. Dojrzalsza postanawiam zająć się organizacją najważniejszej- jak się później okaże - akcji w moim życiu- WAMPIRIADY. Tam poznaję go. M
Piotrek- tatuś, informatyk z zawodu, ekolog uwielbiający wycieczki po górach, zakochany w muzyce. Wrocław to jego miasto rodzinne. Gaduła, jakich mało- no, ale i tak mnie nie przebija. Człowiek pełen pasji. 
Rok 2007 przyniósł w naszym życiu wielkie zmiany. Postanawiamy się zaręczyć, ale czekamy na piękną czerwcową pogodę. Nasze plany zmienia najpiękniejsza wiadomość- będziemy mieli małego dzidziusia- był to 24 maja 2007 r. Dwa testy i dwie kreski na każdym z nich. Z jednej strony obawy, z drugiej niesamowita euforia. Powstał przecież owoc naszej miłości. 25 maja wizyta u lekarza- pani doktor potwierdza- dzidziuś urodzi się pod koniec stycznia 2008r. 26 maja 2007- Piotrek się oświadcza i prosi o moja rękę moich rodziców. Ci szczęśliwi godzą się bez namysłu, i ja też mówię TAK. Na wieść o dzieciątku cała rodzinka szaleje ze szczęścia. Decyzja o ślubie została podjęta dawno- chcemy jednak by dzidziuś urodził się po naszym ślubie. I tak przygotowania do ślubu trwają dwa i pół miesiąca. 14 sierpnia 2007 roku bierzemy ślub- jeden z najszczęśliwszych dni w naszym życiu-, bo już z nią pod sercem. Ileż emocji i radości. Po ślubie Piotr musi  wyjechać od razu na szkolenie do Niemiec. A ja po raz pierwszy trafiam do szpitala na odział patologii ciąży- powód zbyt wysokie ciśnienie. Jestem tam na szczęście tylko 4 dni- wychodzę 2 września. Wraca Piotrek i jedziemy do Wrocławia. Tam 6 września idziemy na wizytę i widzimy twarz naszej córuni po raz pierwszy. Serca mocną nam bija- omal nie wyskoczą na zewnątrz. No i informacja- będziemy mieć córcię. Czas biegnie szybko. Na święta jedziemy do Kielc- ja zostanę tam już do porodu. Święta mijają nam szybko, Sylwester też. Z utęsknieniem czekamy na nią. 16 stycznia po kontrolnym KTG znowu muszę zostać w szpitalu- istnieje prawdopodobieństwo, że urodzę na dniach. Piotrek przyjeżdża z Wrocławia. Jedna w szpitalu zostaję tylko 3 dni i wracam do domu. Sytuacja powtarza się 23 stycznia- tym razem ląduje już na porodówce- brak skurczy. Odsyłają mnie na patologię ciąży. Spędzam tam zaledwie 12 godzin, po porannym badaniu zostaję ponownie odesłana na salę porodową. Decyzja- to dziś urodzę nasze pierwsze i ukochane, tak długo wyczekiwane dziecko. Cały czas liczę na to, że Piotrek zdąży, że przyjedzie i będzie trzymał mnie za rękę. Ze to on przetnie pępowinę. Ja sama myślę, że poród będzie trwał przynajmniej 10 godzin. Ale wszystko zaczyna dziać się tak szybko. Mam przy sobie jednak wspaniałą położną i mojego lekarza. Opieka super. I tak o godzinie 15:35 24 stycznia 2008 roku na świat przychodzi ona- Anna Oliwia. Największe szczęście, najcudowniejszy skarb. Do końca życia nie zapomnę momentu, kiedy położyli mi ją na piersi. Nic się nie liczyło- ta minuta należała tylko do nas- pierwsze spojrzenie, wszystko pierwsze. I jesteś z nami, już na zawsze. A twą historie spisujemy dziś na stronach tego bloga. KOCHAMY CIĘ  NASZA KRUSZYNKO- mama i tata.



_______________________________________________________________________________________


Druga część urlopu- działkowe podboje

2011-08-25 


 Po pobycie na polskim wybrzeżu przyszedł czas na wypoczynek na naszej pięknej kielecczyźnie. No może słowo wypoczynek średnio tu pasuje, ale niech tam.... Druga część urlopu spędzona w lwiej części w Złotej Wodzie. Działka to nasze miejsce, więc nic dziwnego, że własnie tam z reguły spędzamy urlop. Po naszej dłuższej nieobecności było sporo do nadrobienia w typowo działkowych klimatach, co zupełnie nie przeszkadzało Ani w zabawie. Mogła wreszcie nacieszyć podniebienie pojawiającymi się powoli malinkami. Mnie jednak najbardziej zapadło w pamięć to, jak wnusia zaczepiała swojego dziadka. Och oni to zawsze maja co na działce robić. Poza tym Ania pomagała dziadkom też sadzić nowe rośliny. Najchętniej jednak spędzała czas na swojej ulubionej górce piasku. Piotrek niestety od wtorku pracował, więc urlop spędziłyśmy tylko z ciocią Aga oraz babcią Stasią i dziadkiem Marianem. Starszyzna oporządzała nasz zielony grajdołek, a Ania korzystała z przepięknej pogody. Jedynym naszym utrapieniem były osy.

Czas spędzony na działce wspominamy wszyscy bardzo dobrze. Szkoda, że urlop trwał tylko dwa tygodnie. Mam nadzieje, że będziemy mieli okazje jeszcze gdzies wspólnie wyjechac w najblizszym czasie. Nie ważne gdzie, byle razem.

A działkowe klimaty w kadrze zamknięte pojawia się w galerii... Kiedy nie wiem... Na swoją kolej czeka jeszcze sporo fotek....




O naszych nadmorskich wojażach

2011-08-25 

 Sierpień ma się ku końcowi ale redaktorka pragnie napisać jeszcze kilka słów o końcówce lipca, którą to nasza rodzinka spędziła nad Bałtykiem, w pełnej uroku Łebie.

Tym razem nasz wyjazd należy określić mianem mocno rodzinnego, gdyż ekipa liczyła całe jedenaście osób i składała się z dziadków, cioci Agi i Piotrka, cioci Karoliny, wujka Marcina i dziewczynek, oraz oczywiście nas. Lekko przerażeni prognozami wyruszyliśmy w dość długą i uciążliwą podróż nad polskie morze. Po kilku godzinach w samochodzie wybrzeże przywitało nas piękna słoneczna pogoda i chciałabym móc napisać, że taka aura pozostała aż do wyjazdu, ale niestety tak nie było. Nie mogliśmy jednak narzekać, szczególnie biorąc pod uwagę, że większość Polski spowita była chmurami. Pogoda pozwoliła nam za to pozwiedzać troszkę, skorzystać z atrakcji , jakie oferuje turystom Łeba. Ale od początku...

Plaża....

W tym roku pierwszy raz Ania z wielkim zapałem spędzała sporo czasu w Bałtyku. Wcześniej raczej stroniła od tych przyjemności- powód banalnie prosty- za zimna woda. Jednak w tym roku mogłaby tam spędzić godziny i wcale temperatura wody by jej nie przeszkadzała. A więc było moczenie stóp w wodzie, skakanie przez fale, uciekanie przed nimi, budowanie zamków z piasku, gra w piłkę, chlapanie i co tylko przychodzi nam do głowy.... Zabawa wyśmienita- szczególnie, że miała towarzystwo w tych wszystkich zabawach w postaci Wiktorii.

Wesołe miasteczko.....

Jedno z popołudni zostało w 100 % przeznaczone na zabawy w parku rozrywki. Oj niezły ubaw mieli chyba wszyscy. Dziewczyny zaliczyły diabelski młyn, pływające po wodzie kule, autodrom, huśtawkę łańcuchową, kolejki różnej maści. Po drodze nie mogło obyć się bez zaliczenia prawie każdego automatu typu karuzela, powóz, samochodzik....

Nadmorskie łakomstwo....

Tego zdecydowanie było dużo. Gofry i lody- te dwie rzeczy smakowały małym pannom najbardziej. Rodzice od czasu do czasu także ulegali tej słodkiej pokusie. Wika najbardziej lubi gofry z bita śmietana i owocami, Ania- no cóż , z nasza córcią to różnie bywa- w końcu kobieta zmienna jest.

Rejs statkiem na pełne morze...

To jest niesamowite wspomnienie... Myślę, że nam wszystkim bardzo sie podobało. Statek z charakterem (choć wiadomo, że to wszystko dla turystów). Morze lekko bujało tym naszym statkiem. Za to widok na wybrzeże niezapomniany. Dziewczyny mogły spędzić chwilę za sterami tej "łajby". Niestety to bujanie chyba zbytnio nie posłużyło ani, bo wieczorem dopadła ją gorączka i wymioty. Całe szczęście następnego dnia nie było już po nich śladu.

Wizyta w skansenie...

W mniej pogodne dni staraliśmy się sporo spacerować i odwiedzać różne ciekawe miejsca. Jednym z takich miejsc był skansen w Klukach, czyli Muzeum Wsi Słowińskiej. Można było się tam przyjrzeć jak te tereny funkcjonowały kilkaset lat temu. Dla dzieciaków niesamowite przeżycie- wiele rzeczy zupełnie nieznanych, niepodobnych do niczego, co znają. Dorośli zafascynowani tym, jaką prostotą to wszystko się charakteryzowało. Ale, żeby było ciekawiej, to skansen ten "żyje". Można spróbować lepionych przez panie pierogów, przyjrzeć się , jak plecie się kosze z wikliny, a jak łata sieć. Był tez pan który robił buty dla koni, jak również panowie , którzy wyciągali z ziemi torf. Można było także zobaczyć dawno przez nas nie widziany len w uprawie. Dojazd do tego miejsca może nie jest najlepszy, za to wielka atrakcją były mijane dziesiątki bocianich gniazd wraz z ich mieszkańcami.

Dom do góry nogami...

Miejsce odwiedzone raczej ze względu na nasza ciekawość. Niby się wydaje, ze to nic wielkiego. Ja bym jednak wystrzegała wszystkich przed takim właśnie określeniem. Z zewnątrz to po prostu " dom do góry nogami", ale po wizycie w środku punkt widzenia mocno się zmienia. Moje osobiste spostrzeżenie- nie wiem, jak można do tego stopnia oszukać ludzką percepcję, ludzkie postrzeganie świata. Wrażenia niebywałe- serio.

Wieczorne grillowanie...

Wieczory w większości spędzane w domu, kilka okazji do świętowania. Były imieniny mamy i córki, były urodziny cioci Agi, no i chyba najbardziej pamiętne wydarzenie tego wyjazdu- oświadczyny. Tak, tak moja kochana młodsza Sis się zaręczyła i w przyszłym roku czeka nas weselicho.  A z tymi wieczorami to było tak- dzieci ululane, wiec starszyzna mogła pozwolić sobie na łyk zimnego piwka, przysmaki serwowane z grilla, łącznie z przepysznym świeżym dorszem... mhm palce lizać. Rozmowy do późnych godzin nocnych, na które zawsze brakuje nam czasu....

O tym co zobaczyliśmy, co przeżyliśmy mogłabym pisać długo. Zdjęcia powiedzą wiele za mnie. A za to wszystko bardzo dziękuje Wam kochani Rodzice, bo bez Was ten wyjazd nie doszedł by do skutku. Buziak od nas wszystkich.




Poskromienie złośnicy....

2011-08-08 

 Kiedyś mówiono mi , że mamy bunt dwulatka. Zgodzę się z tym. a co powiecie na bunt trzylatki? Inaczej obecne fazy nazwać się nie da. Ania miewa ostatnio bardzo często własne zdanie. Oj i potrafi konkretnie je zamanifestować. Wystarczy, że coś jest nie po jej myśli, że mama każe pozbierać zabawki... I wtedy się zaczyna... Ta mała słodka istota potrafi pokazać, na co ją stać. I kiedy jej złość osiąga apogeum matka słyszy " jesteś gupia, brzydka" itp. Początkowo irytowały nas te odzywki. Dorosły może odebrać je dosłownie. Zastosowałam jednak pewną metodę: przemilczenie, niereagowanie na takie słowa. I co z tego wynikło. Otóż panna A. widząc brak reakcji rodziców w momencie mówiła " wcale nie jesteś gupia , jesteś mądra i ładna". Mały łobuziak i tyle.

W czasie tych lipcowych dni , poza parkiem i deptakiem, zaglądałyśmy z Anią tez na Kadzielnię, czyli rezerwat skalny w sercu Kielc, w którym to znajduje się amfiteatr. Pięknie zagospodarowany teren. Można tam miło spędzić czas na rodzinnym spacerze. Ania momentami zachwycona, innym razem zła. Jednak same skały wzbudziły w niej podziw. Nie mogło obyć się bez pytania : "a mogę się powspinać? " i przytargania do domu pół siatki kamieni.

Swoją drogą zastanawiam się, ile w Kielcach jest jeszcze takich miejsc, których nie odkryliśmy.

A temat wakacyjnego lipca powróci jeszcze w kilku notkach. Do opowiadania sporo. Przede wszystkim nasze wakacje w Łebie. Nie zabraknie też klimatów działkowych.



W lipcowym klimacie

2011-08-08 

 Brak czasu na blogowe wpisy sprawił, że lipiec 2011 nie został praktycznie w ogóle odnotowany. Postanowiłam więc tę wielką szkodę naprawić.

Lipiec... jaki był?... Deszcz- to słowo ciśnie mi się na usta w pierwszej kolejności. Ale oprócz tych deszczowych dni było kilka naprawdę pięknych. Jasnym jest, że je dobrze wykorzystywaliśmy.

Polubiłyśmy z Anią spacery do miejskiego parku, na kielecki deptak. Myślę, że to za sprawą wodnej frajdy, która czeka tam na wszystkich. Ania tymi fontannami zachwycona. Wyciągnąć ją stamtąd to nie lada wyczyn.
























Takie popołudnia to czas tylko dla nas. Czas spędzony na pogaduszkach, wymyślaniu historii, odkrywaniu nowych zakamarków naszego miasta. Ani niebanalne pomysły niejednokrotnie zaskakują rodzicielkę, czasem nawet doprowadzają do wstrzymania oddechu. Fantazja Ani bije wszelkie rekordy.

Kiedy wracamy do domku zmęczone, z uśmiechami na ustach, wiem, że warto. Po kąpieli i kolacji wspólne zasypiania i najpiękniejsze "kocham Cię " na świecie. Dla tego wszystkiego warto żyć.




O Bożym Ciele słów kilka...

2011-07-05 


 W Boże Ciało- jak to mamy juz od wielu lat w zwyczaju- wybieramy się do Złotej Wody. Na działce jest wtedy pretekst , żeby wreszcie posiedzieć spokojnie i zwyczajnie pogadać. Za pracę nikt się nie bierze, bo to święto.

Tym razem wizyta w Złotej Wodzie przyniosła wizytę Anuszkowych pradziadków: Oli, Tomka i Leokadii. Dziadkowie lubią do nas przyjeżdżać, a niestety wiek robi już swoje. Dziadek Tomek skończy niebawem 90 lat, a obie babcie maja po niespełna 87.

Czas spędzony fantastycznie. Ania jak zwykle latała ze swoja konewką, wiaderkami, kubeczkami i czym tylko, bawiła się na swojej ulubionej kupce piachu, zrywała i zajadała się czereśniami i porzeczkami, i do tego z wielką fascynacja podziwiała latające wokół babcinych kwiatów trzmiele i pszczoły. Matka tak się czereśniami najadła, że do wieczora nie mogłam się ruszać. Ale cóż zrobić- łakome z Anią jesteśmy na owoce- i to bardzo. Czas, który możemy spełnić w rodzinnej atmosferze jest tym, który uwielbiamy najbardziej.






















 




Czerwcowa wizyta we Wrocławiu

2011-07-05 

 Zaległości blogowe duże, można by rzec , że nawet bardzo duże. Postaram się je jakoś nadrobić, bo pamięć ulotna...

W czerwcu wybraliśmy się do Wrocławia i Wilkszyna. Rzadko tam bywamy, ale sytuacja nie sprzyja nam, by odwiedzać rodzinne miasto Piotrka częściej.

Moja kochana Sis broniła się 10 czerwca i ja nic nikomu nie mówiąc postanowiłam, że zrobimy jej z Anią niespodziankę i osobiście pogratulujemy zdobycia tytułu magistra. Generalnie planowaliśmy wyjazd do Wrocławia, więc była dobra ku temu okazja. I tak Piotrek (chłopak Agi) pomógł nam uknuć ten niecny plan. Jej zaskoczenie i radość , kiedy nas zobaczyła, wynagrodziły długą podróż w sekundę. Ciotka aż się rozpłakała. No i nie mogła się nacieszyć swoją siostrzenicą. Były lody, wspólny spacer po wrocławskiej Starówce . I chociaż spędziliśmy ze sobą zaledwie godzinę, to było warto.





Później przyszedł czas na podróż do Wilkszyna, do dziadków Ani. Czekał na nas tam już Piotrek, który nie miał bladego pojęcia, że będziemy kilka godzin wcześniej. Jego radość też była wielka. Wiadomo- tęskni za Anią bardzo.

W Wilkszynie spędziliśmy cały weekend. Ania szalała ze swoją siostrzyczką cioteczną Agatką. Bawiła się tez z nowym pieskiem babci i dziadka - Dorą. Były spacery po okolicy. Ale chyba najbardziej dziewczynkom podobało się wspólne łobuzowanie. Tak się tym razem poskładało, że dziadkowie musieli załatwiać pilne sprawy związane z domem i niestety cała sobota minęła nam bez nich. Ale co tam, pewnie następnym razem będzie tego czasu więcej.














 





My cylistki

2011-06-16 

 Ania od zawsze lubi rowerowe szaleństwa. Na swoim trójkołowcu potrafi wyczyniać takie manewry, że matce często serce staje w gardle. Ale co tam. Od niedawna mamy z Anią nowa rozrywkę- z której i rodzice i nasza panna dużo korzystamy. Pewnego dnia redaktorka postanowiła, ze najwyższy czas wyjąć z piwnicy mocno zakurzony rower. Po odpowiednim przeglądzie u speca od rowerów, i zakupie odpowiedniego fotelika, dysponujemy sprzętem pod nazwa " rower z miejscem dla Ani". Oj dawno nie jeździłam na rowerze, a przecież to nie tylko zdrowie, ale przede wszystkim większe możliwości korzystania z uroków naszego miasta. I tak od czerwca mykamy sobie z Anuszka na tym rowerze. Nieopodal naszego domu rozciągają się kilkukilometrowe ścieżki rowerowe. Po powrocie z pracy szybie pakowanie prowiantu, wody, odpowiedni zabawek i ruszamy w drogę. Naszym ulubionym miejscem jest plac zabaw położony w samym środku lasu. Nie mogą tam dojechać auta, jest spokój. Z ciszą bywa różnie , bo z miejsca tego korzysta wielu rodziców- cyklistów.

Ania zachwycona nowym środkiem transportu. Do płaczu doprowadza mnie, gdy zaczyna mnie dopingować do szybszej jazdy, gdy mijamy innych rowerzystów. Głośne " Ma- ma, ma- ma !!!!" rozśmiesza też mijanych nieznajomych. Tym sposobem mamy coś dla zdrowia, ciekawy sposób na spędzanie popołudnia. I kolejne uśmiechy na jej twarzy.



















O pewnym spacerze

2011-06-16 

 Bardzo lubimy wspólne spacery- niewazne gdzie , nie ważne jak, ważne, że razem. Okolice Złotej Wody, a w zasadzie całe Góry Świętokrzyskie obfitują w miejsca, w które warto się zapuścić. W tych miejscach czas jakby zwalniał.

Niedaleko działki moich rodziców jest przepiękny Orłowiński Par Krajobrazowy. Droga prowadzi przez las. Człowiek może delektować się widokiem usianych kwiatami lesnych polanek, przepięknym śpiewem ptaków. Ja zawsze mam tylko jedno ale- mrówki, które nie pozwalają zatrzymać kroku na dłużej.

Tak spędzaliśmy jedno z majowych niedzielnych popołudni. Czas niezapomniany.






























I tak to w obiektywie wyglądają te nasze wędrówki- a radość Ani i słowa,czy jeszcze tam wrócimy. Uciekanie przed mrówkami, niejednokrotne traktowanie ich patykiem, bukiety z polnych kwiatów. Gdyby tylko doba trwała więcej niż 24 godziny.



Złota Woda

2011-05-15 

Weekend praktycznie za nami. Niedzielna pogoda pozostawiała dużo do życzenia, ale za to sobota była cudna. I my ten fakt skrzętnie wykorzystaliśmy. Ze względu na Ani ospę , do piatku byłyśmy uziemione w domu. Ospie powiedziałyśmy już adios, więc nie było innej możliwości, jak spędzić czas na działce w Złotej Wodzie.

Ania wreszcie mogła spożytkować całą energię, która nagromadziła się przez niespełna dwa tygodnie. Szalała do tego stopnia, że nawet na chwilę nie było mowy o położeniu się spać. Padła dopiero w samochodzie. A co robiła przez cały dzień?

Była zabawa wózkiem....





Było wylegiwanie się na leżaku....





Były zabawy w piasku, budowanie z ciocią Agą i wujkiem Piotrkiem zamku z piasku...









Pogoda dopisała, humory dopisały, troszkę wspólnie popracowaliśmy, ale przede wszystkim wspaniale spędziliśmy wspólnie czas. Dla takich chwil warto czekać cały tydzień.



 



A taki jeszcze na koniec kilka zabawnych tekstów Ani.

Redaktorka któregoś dnia zrobiła na obiad barszcz biały, dorzucając do niego pokrojoną szynkę. Ania jedząc zupę tak matce powiedziała:
Ania: "Mamo wiesz, jest tylko jeden problem, ja nie lubię szynek w zupie"- no to matka juz będzie wiedziała.

W czwartek popołudniu odwiedził nas dziadek Marian. Kiedy zapytał Anię co się tego dnia wydarzyło , a miał na myśli przygodę z telewizorem, usłyszał od wnusi:
Ania: " Dziadek wszystko poszło na marne, wszystko ja popsułam"

Wczoraj na działce zrobiłam kawę dla wszystkich. Mój tato coś robił przy warzywach, więc poprosiłam Anię, żeby zawołała dziadka i powiedziała mu , że czeka na niego kawa, na to Ania pobiegła kawałek i z całej siły krzyknęła:
Ania: " Dziadek, dziadek czas na kawę"

Kiedy mieliśmy wracać już z działki do Kielc Ania szybko zareagowała, pełna zwątpienia i zniechęcenia tak rodzicom powiedziała" Mamo ja jeszcze nie chcę się zbierać, ja chcę tu zostać" Dziadkowie maja teraz motywację, żeby szybko kończyć budowę domu : )

Dzisaj ktoś kichnął i odruchowo powiedziałam sto lat, na co Piotrek mi oświadczył, że Ania ostatnio mu wyjaśniała, co następuje " TYato nie mów sto lat, sto lat mówi się, jak ktoś ma urodziny, a jak ktoś kichnie, to mówi się ’na zdrowie’ wiesz"

A najlepsze na koniec. Któregoś dnia Ania przychodzi rano do łóżka mamy i budzi ją , a słowa które wypowiada powodują, że sama się zastanawiam, czy dobrze usłyszałam. A co Ania powiedziała?? Przywitała matkę słowami:
" Bojour Mademoiselle".
A kto ja francuskiego uczy- tego nie wiem : )



Uwaga! Ospa na horyzoncie...

2011-05-12 

Jak w tytule, nasza panna złapała ospę wietrzną. A jakie zaskoczenie dla rodziców to było. W środę panna dzielnie poszła do przedszkola, matka wieczorem dziecia wykąpała- oznak ospy zero. no prawie zero. Pojawiły się dwa zaczerwienienia na skórze, ale ze względu na fakt, że już można spotkać komary, stwierdziłam, że to pewnie  efekt ugryzienia. w czwartkowy poranek szybko się wyszykowałyśmy, odprowadziłam Anie do przedszkola. Zero oznak choroby pod tytułem gorączka, rozdrażnienie. Około godziny trzynastej zadzwoniła pani z przedszkola, że Ania cała zsypana, i że to pewnie ospa. Szybko odebrałam małą i pojechałyśmy prosto do lekarza. Lekarka potwierdziła nasze obawy, przepisała odpowiednie leki i zaleciła zakaz wychodzenia do piątku- patrz dziewięć dni bez spacerów, bez niczego. I tak siedzimy sobie drugi tydzień w domu, wpływu na sytuacje nie mamy, więc staramy się, by ten czas w domu spędzać jak najlepiej. Trudne to zadanie, bo pogoda za oknem iście letnia i człowiek najchętniej wylegiwałby się na zielonej trawce. w takiej sytuacji jeszcze jedno utrudnienie zaistniało- brak możliwości udania się do sklepu na zakupy. Całe szczęście, że dziadkowie są w pobliżu i pojawiają się u nas , żebym mogła wyskoczyć na jakieś zakupy, chociaż w sumie po tych odwiedzinach to i tak do sklepu wychodzić nie muszę, bo dziadek Marianek zawsze smakołyki dla wnusi przywozi.

Przez ten ostatni tydzień Ania malowała farbami, opiekowała sie swoimi kucykami, układała drewniana kolejkę, ułożyła wszystkie puzzle, jakie tylko w domu były, zażyczyła sobie, by rodzicielka  zbudowała jej specjalny "domek" w którym zajmowała się swoimi lalkami, oprócz tego oczywiście oglądała trochę bajek.

A w dniu dzisiejszym zafundowała redaktorce nie lada atrakcje, tzn. nieomal zrzuciła na siebie telewizor. Telewizor wylądował na podłodze, robiąc w niej dziurę. Na szczęście komoda jakimś cudem się zablokowała, i nie upadła na dziecko. Ania z całej sytuacji wyszła bez szwanku, poza lekkim strachem i chwilą płaczu. Lista strat w postaci telewizora, który nadaje się tylko do wyrzucenia, oraz dziura w panelach  to nic w porównaniu z tym , co mogło się stać. Myślę, ze to dobra nauczka dla niej. Liczę, że podobna sytuacja nie będzie miała już miejsca.

Całe szczęście okres kwarantanny mija jutro, więc, o ile pogoda się nie popsuje, wybędziemy na jakiś spacer, a wieczorem na imieniny do babci Stasi.











Nowa fryzura

2011-05-11 


 Jak temat notki głosi, Ania zmieniła fryzurkę. A wszystko to podyktowane przede wszystkim względami praktycznym. Nasza kochana Niunia niestety nie należy do najbardziej cierpliwych, i czesanie jej już naprawdę długich włosów doprowadzało matkę momentami do szału. Ale to nawet nie o moja cierpliwość do tych tematów chodziło- zwyczajnie ranki mamy dość intensywne i czasu na takie czynności jak czesanie zwykle brak. Druga sprawa- z wielkim sentymentem wspominam czasy kiedy Ania miała włoski do ramion- taki słodziak mamusiowy. Po trzecie to włosy maja to do siebie, ze odrastają. Tak wiec włosy zostały konkretnie skrócone, a ich pukiel schowany do pamiątek Anuszkowych. I jak się Wam podoba new look?!








Majówki ciag dalszy, czyli o wizycie Agatki i Magdy

2011-05-11 

 Jak w poprzedniej notce wspomniałam, w niedziele 1 maja odwiedziły nas siostra i siostrzenica Piotrka, czyli Magda i Agatka. Dawno się nie widzieliśmy na żywo, bo jakoś od stycznia, wiec radość dziewczynek była ogromna. Siostrzyczki mogły wspólnie poszaleć, co my odczuliśmy wyraźnie na własnej skórze. Wspólne posiłki, wspólne kąpiele, a przede wszystkim wspólna zabawa. Staraliśmy się wykorzystać czas na 100 %.

Pierwszego dnia udaliśmy się na spacer po Kielcach. Pogoda w miarę dopisała, choć poranek wcale tego nie zapowiadał. Najpierw wspólne szaleństwa na hulajnodze i rowerku, później testowanie każdej atrakcji na placu zabaw. Potem było jeszcze lepiej- szaleństwo pod tytułem koń i kucyk, wizyta w ptaszarni, puszczanie niezliczonej ilości baniek mydlanych, karmienie kaczek i obserwowanie dostojnych łabędzi. A co najważniejsze radość z wspólnie spędzanego czasu.

 























Po tym ciekawym dniu dziewczynki padły ze zmęczenia. I wspólnie zasnęły, prezentując nam taki o to obraz:


Poniedziałkowy dzień spędzony po trosze w domu, po trosze w Złotej Wodzie. Niestety zdjęć brak. Dziewczynki znowu pobiegały, poszalały. Uważam, że cały pobyt Magdy i Agatki był bardzo udany. Fajnie byłoby spotkać się znowu niebawem.





O weekendzie majowym słów kilka

2011-05-11 

 Nadal kiepsko u nas z czasem... tzn. redaktorka jakoś nie może się ogarnąć, żeby na bieżąco zamieszczać notki, o tym co u nas. ale dzisiaj hurtem będzie także zapraszam do czytania.

Na dzień dobry o weekendzie majowym. Początkowo miał on być spędzony we Wrocławiu. Tak się jednak poskładało, że Piotrek nie dostał urlopu ( a ponieważ pracuje dla niemieckiego klienta nasze święta go nie obowiązują) i z wyjazdu do Wro wyszły nici. Poza tym mnie udało złapać się dodatkowa pracę i piątek i sobotę sobie pracowałam.  Sobota , po pracy, spędzona jak zwykle na działce. to ulubiony kierunek, kiedy mamy więcej czasu. Ania zachwycona jak zwykle, dzielnie pomaga przy pracach w ogrodzie, przy grządkach, tylko hałas, jaki wydają wszystkie dziadkowe sprzęty jakoś ją odstrasza. W każdym razie długi weekend rozpoczął się całkiem ciekawie.
Ania ma też nową zabawę. Kiedy tylko pojawiamy się na działce ani najchętniej udałaby się w stronę źródełka, które to zostało oczywiście dokładnie zabezpieczone przez dziadka Mariana. I co tam robi... otóż panna A. owe zabezpieczenie traktuje jako podest, scenę, jak zwał tak zwał, i zaczyna występy. Można najczęściej usłyszeć z jej ust:
" a koziołek wziął tobołek i wędruje biedaczysko, po szerokim szukać świecie , tego, co jest bardzo blisko"
lub
" kle, kle boćku kle kle, witaj nam bocianie, łąka ci szykuje, łąka ci szykuje, żabki na śniadanie" .
Tych piosenek, wierszyków jest cała masa. A to miejsce sprawia, ze nasza mała artystka rozwija swoje skrzydła.

  


 

A po sobotnich szaleństwach w Złotej Wodzie odwiedziła nas wrocławska rodzina- a konkretnie Magda- siostra Piotrka z Agatką.
A o naszych wspólnych szaleństwach w następnej notce.


Po długiej przewie... Żyjemy
2011-04-21

 Kwiecień... piękny kwiecień... Na blogu pusto- niestety. Redaktorka na maksa zarobiona, wieczorami marzy jedynie o przyłożeniu głowy do poduszki. Sezon w pracy trwa, nowe obowiązki, większa odpowiedzialność- to wszystko sprawia, że wolne popołudnie spędzamy na wspólnych zabawach i na komputerowo blogowe szaleństwo czasu brakuje. Ale co tam...

Czas mija nam szybko, w sumie to nawet nie wiem kiedy uciekł nam ten miesiąc. Były plany wyjazdu na święta do Wrocławia, ale z pewnych względów zostajemy w Kielcach. W sumie to się cieszę, bo z Niemiec wróciła moja kochana Sis, a Ania się za ciocią bardzo stęskniła. No i wreszcie będzie okazja spędzić trochę więcej czasu wspólnie.

Ania ma się świetnie. Mądrala z niej niesamowita. Bardzo rozgadana i roześmiana, a przy tym bardzo uparta. Ale jakby ktoś pytał, to ma kumulację po tatusiu i mamusi. Bardzo też urosła w ostatnim czasie. Może matka by tego faktu nie zauważyła, ale nagle większość spodni zwyczajnie jakoś się skurczyła :) Spacery dla Ani to wymarzony sposób na spędzanie popołudnia. Szkoda, że nie mamy jak za bardzo jeździć po pracy na naszą kochaną działkę, bo kiedy tylko tam się pojawiamy radość małej jest ogromna.

Córka stała się też mocno samodzielna. Pomoc w ubieraniu, kąpieli, czy przygotowywaniu posiłków musi ograniczać się do minimum. Wieczorne czytanie bajek kończy sie ty, że to panna A. opowiada bajki mamie, a nie odwrotnie. Do łask wróciły puzzle, ale malowanie farbami tez jest na topie. Kiedy pogoda za oknem jest średnia, Ania szaleje po domu na swoim trójkołowcu. Czasami te szaleństwa kończą się upadkami, bo dziecko z taka prędkością pokonuje zakręty, że rower nie bardzo chce utrzymać się na dwóch kołach.

Póki co to tyle, obowiązki czekają. Gdybym nie pojawiła sie już na blogu, to chcę wszystkim złożyć najserdeczniejsze życzenia na zbliżające się święta. Spędźcie je najlepiej jak się da i niech ten wyjątkowy czas przyniesie wam jak najwięcej zdrowia i pomyślności.

























Piękne wzgórze Karczówka

2011-04-20 

  Pewnego dnia pogoda wyjątkowo dopisała. Matka cały dzień w pracy głowiła się, gdzie fajnie byłoby się wybrać , żeby córka była zadowolona. Wybór padł na Karczówkę. Karczówka to malownicze wzgórze znajdujące się w Kielcach. Na wzgórzu tym znajduje się klasztor z bardzo nastrojowym kościółkiem. Na ten moment nie wygląda on może rewelacyjnie, bo przeprowadzana jest tam renowacja, ale ja zawsze lubiłam panujący tam klimat i możliwość przemierzania lasów na wzgórzu.

Ania wyraźnie zadowolona z pomysłu mamy, cieszyła się otaczająca ją przyrodą. Co prawda drzewa nie są jeszcze zielone, ale spacer z patykiem, udawanie królowej, która siedzi na tronie z pnia drzewa wydało się być spełnieniem dziecięcej chęci poznania. I tak chodziłyśmy dwie godziny. Matka czasami zamierała ze strachu. Ania jak zwykle wybierała najbardziej kręte i niebezpieczne ścieżki.

Po spacerze jeszcze piknik, zajadanie się owocami, jogurtami. To wszystko dało w efekcie piękny uśmiech dziecka i dobrze przespana noc.

Ciekawe co redaktorka wymyśli następnym razem.

A to zdjęcia z naszego spaceru. Miłego oglądania.



















Wiosny powiew...

2011-03-24 


 Nie wiem jak wy, ale ja już od jakiegoś czasu czuję w powietrzu wiosnę. I choć w Kielcach nie widziałam jeszcze pąków kwiatów, to witające mnie codziennie ( albo prawie codziennie) słoneczko napełnia mnie jakąś niesamowita energią. W pracy mam istny sajgon, co nie zmienia faktu, że zawsze po pracy staram się Anię zabrać na spacer. Dziecko zdecydowanie popiera zapały swej rodzicielki. Kiedy tylko przekraczamy próg przedszkola najchętniej gnała by wprost nad pobliska rzeczkę, żeby nakarmić kaczki, pobawić się na pobliskim placu zabaw. A co do tej wiosennej aury, to chyba tez łapie nas wiosenne przesilenie, liczę tylko po cichu, ze przesilenie to szybko minie i obędzie się bez jakiś wiosennych infekcji. Dużo fotek ze spacerków siedzi sobie grzecznie w galerii. Poniżej kilka z naszej wizyty w pobliskim rezerwacie, będącym jednocześnie amfiteatrem "Kadzielnia". Ania zafascynowana skałami, a raczej ich rozmiarami. Największe jednak jej zainteresowanie wzbudzili dwaj panowie, którzy na owe skały się wspinali.

 













O tańcu słów kilka...

2011-03-24 

 Tak się rozpisywałam o Ani rozpoczęciu nauki tańca w Kieleckim Teatrze Tańca, a tu taki psikus. Póki co Ania przestała na zajęcia uczęszczać. A to wszystko przez pewną dziewczynkę , która to Anie do tego stopnia stremowała, że mała bała się sama na salę wchodzić. Z jednej strony niby nic wielkiego, ale doszliśmy z Piotrkiem do wniosku, ze skoro taniec ma Małej kojarzyć się ze strachem przed kimś, to mija się to z celem. W każdym razie Ania tańczy nadal. Zakłada swoje body, spódniczkę i baletki i robi takie pokazy, że mnie serce rośnie. Za jakiś czas znowu spróbujemy. tymczasem matka planuje, żeby w zamian za te zajęcia zabierać córkę na basen.
A to jeszcze kilka fotek z ostatnich zajęć na których byłyśmy:






 
 




O pewnych urodzinach...

2011-03-15 

 Pewnej soboty wybrała się matka z dzieckiem i dziadkami do Radzymina w celu odwiedzenia panny Wiktorii. A powód wizyty nie byle jaki. Panna Wiktoria obchodziła swe czwarte urodzinki. Jakoś czasu nam ostatnio brakuje, by do mego brata , bratowej i ich stokrotek się wybrać. A muszę przyznać, że bardzo lubimy spędzać tam czas.

Przyjęcie urodzinowe Wiktorii było kameralne- sama rodzinka. Piotrek w tym czasie bawił we Wrocławiu i nadrabiał zaległości urodzinowe jego siostrzenicy Agatki, która też kończyła cztery latka.

Zabawa była świetna, poza niewielkimi humorami Anuszki. Dziewczyny jak zwykle miały mnóstwo różnych zajęć. Ania czuła się jak w raju, bo nie ma to jak nowe zabawki, nowe miejsca. Pogoda w tym dniu rozpieszczała nas wyjątkowo. Czas upłynął nam na rozmowach, wspomnieniach, zabawie z dziewczynkami. Wiktoria uczyła się jeździć na rolkach, które dostała na urodzinki.

Szkoda, że te wspólne chwile tak szybko nam uciekły- ale tak to już jest. Teraz odliczam kolejne dni do pierwszych urodzinek Marcelinki. A Marcelinka generalnie jest cudowna, pogodna i bardzo mądra. U wszystkich wywołuje uśmiech na twarzy.

Tak więc byle do kwietnia... I wtedy znowu zawitamy w radzymińskich stronach...

PS. Kochane dziewczyny- Wiktorio i Agatko- dla was najlepsze życzonka z okazji waszych urodzinek. Wszystkiego naj naj naj....





 


 




Początek przygody z Kieleckim Teatrem Tańca

2011-03-04 

 Od dawna wspominam na blogu, że Ania uwielbia tańczyć. Jak słyszy muzykę, to bez wahania zaczyna swe dziecięce pląsy. W przedszkolu wiodła w tym temacie prym, zaskakując nie tylko na i opiekunów, ale i innych rodziców. Niesamowite poczucie rytmu, pamięć do kroków a przede wszystkim niesamowita radość z tańca pchnęły nas rodziców do pewnego kroku. Krokiem tym było zapisanie dziecka na zajęcia taneczno- baletowe w Kieleckim Teatrze Tańca. "pierwsze zajęcia, w których Ania uczestniczyła odbyły sie w środę. I nie myślcie sobie, że od dzieci wymaga się tam na tym etapie nie wiadomo czego. To zwyczajnie dobra zabawa, zaznajamianie z rytmem, pokazywanie jakie możliwości ekspresji daje ta forma. Przyznam sie też,  że strasznie dziwne uczucia mną targały. Ja też kiedyśjako kilkuletnia dziewczynka zostałam zaprowadzona przez swoich rodziców na tańce. Była to jedna z najwspanialszych przygód w moim życiu, która zresztą trwała dobre kilka lat. Wiem, ze na pewnym etapie taniec wymaga też niesamowitej dyscypliny i zaangażowania. Póki co ma być sposobem na Anuszkowe rozładowywanie emocji.

A jak minęły pierwsze zajęcia? Całkiem nieźle. Co prawda panna wytrzymała zaledwie pół godzinki ( później się mocno zawstydziła za sprawą pewnej dziewczynki), ale widać było, że czerpie z tego mnóstwo radości. Kolejne zajęcia w środę. Matka musi zakupić Młodej baletki i tyle.
Poniżej kilka fotek tańczącej panny A. :


 










Wiadomości zaległe...

2011-03-03 

 Oj tak- na blogu pustki i niewiele się w tej materii zmienia przez ostatnie dwa czy trzy tygodnie. Powód błahy- brak czasu. A jest o czym pisać. Po pierwsze to pragnę oznajmić, że rodzina P. uporała się praktycznie z chorobami. Rodzice funkcjonują już na pełnych obrotach, a Najmłodsza poza katarem, który nie chce się odczepić, też całkiem nieźle się miewa.

Z rzeczy ważnych, wartych odnotowania, poruszę w tej notce jedną. Ania zmieniła przedszkole. Prywatne zostawiliśmy za nami, choć nie powiem łezka w oku się zakręciła. Za to przedszkole państwowe powitaliśmy z lekką dozą niepewności. Ania weszła w nowe środowisko nadzwyczaj dobrze, zaskakując przy tym nie tylko nas, ale przede wszystkim panie z przedszkola. Nie było marudzenia, płaczu i tym podobnych historii. "anie nie dowierzały. Bąbel jest w grupie z dzieciakami z 2007 roku i jakoś sobie radzi. Dla mnie oczywiste jest, że będzie musiała troszkę podgonić, ale co tam. Jedna rzecz mnie złości- nie mogę jej zapisać ani na angielski, ani na tańce, bo najmłodsza grupa zwyczajnie w tym czasie leżakuje. A moje argumenty, ze dzieć z angielskim zaznajamiany jest od prawie półtora roku niestety do opiekunek nie trafiały.  Jest jeszcze kolka rzeczy, które mnie złoszczą, ale to już nie wina przedszkola, tylko naszego systemu. Chodzi o to, że dziecku trzeba wszystko kupić od kredek zaczynając na papierze toaletowym kończąc. I nie chodzi wcale o to, że rodzice muszą wydać na to pieniądze, tylko o to jak państwo o naszych małych obywateli dba. W każdym razie jest jak jest. Najważniejsze, że Anuszka zadowolona z nowego miejsca. To nas cieszy. Szkoda tylko, że przez ostatnie półtorej godziny siedzi praktycznie sama, bo reszta dzieciaków odbierana jest ok godziny 15.


Ostatnio staramy się spędzać czas aktywnie.
Pogoda za oknem coraz lepsza, więc i okazji do tego więcej. A kiedy za oknem zimno i buro, zawsze zostaje bawialnia. W planach mam też basen. Ciekawe czy tylko zdrowie nam na to pozwoli. Ważne, żeby czas spędzać razem- a to jaki sposób na to mamy, to już inna para kaloszy.









 


Nie ma to jak trio chorowitków w domu....

2011-02-19 


Nie było nas na blogu jakiś czas... A wszystko przez choroby- dodam: paskudne choroby. Matke zaczęło rozkładać w poprzedni czwartek. Ania wylądowała u dziadków i została tam do niedzieli. Piotrek rozchorował się w niedzielę. Na szczęście Ania gorączkowała tylko dwa dni i w sumie ten chorobowy czas obszedł się z nią w miarę łaskawie. Za to ja już drugi antybiotyk birę0- tak kończą się paskudne zapalenia ucha. Całe szczęście wszyscy dochodzimy powoli do siebie. Co prawda do odzyskania pełni sił jeszcze trochę drogi przed nami, ale jakoś to będzie...
Jeden pozytyw w całej tej sytuacji jest- cały tydzień byliśmy razem. Rzadko tak bywa- to juz osiem miesięcy życia na odległość. I nie ukrywam, że chwilę zajmuje nam nowe organizowanie czasu. Szkoda, że w poniedziałek Piotrek znowu jedzie do Katowic. Ale jakoś to będzie. Damy radę.

Z rzeczy nowych. Ania tydzień temu zakończyła swoją przygode z prywatnym przedszkolem. I trochę smutno mi z tego powodu. Łatwiej rozstawać się z ludźmi i miejscami, które kojarza nam się tak sobie. Co do Małego Świata to złego słowa powiedzieć nie mozna. To był wspaniale spędzony czas przez Anie a i dla nas rodziców mnóstwo miłych wspomnień. Od poniedziałku Ania idzie do państwowego przedszkola. W sumie będzie w grupie z dzieciakami z rocznika wyżej. Ania trzy latka skończyła więc pełnoprawnie do przedszkola chodzić już może. Dzięki dziadkowi Marianowi udało nam się znaleźć Oby dziecko dobrze sią zaaklimatyzowało. Już się nie moge doczekać reakcji Ani na nowe miejsce. Jedno jest pocieszające- zawsze możemy wrócić do przedszkola prywatnego. Ale głowa do góry i czekamy na poniedziałek.
Póki co kończę, jakoś ciepłe łóżko i kubek herbaty z sokiem malinowym kuszą,. więc miłego weekendu życze. Buziaki




Bo z tata fajnie jest

2011-02-01 

 Przed sobotnim party urodzinowym Ani udaliśmy się na dość długi spacer po Kielcach. Pogoda była wspaniała, więc żal nie skorzystać z jej uroków. Mnie zapadło najbardziej w pamięć rzucanie śnieżkami. Ile przy tym śmiechu mieliśmy... Ania szczęśliwa, bo tata był z nami. Z resztą zdjęcia mówią same za siebie:

















Po spacerze dziecko rumieńce na pół twarzy miało. Ania bardzo zadowolona. Oby weekendy częściej rozpieszczały na taka właśnie pogoda, dając możliwość rozkoszowania się urokami zimy.



Urodzinowe party

2011-02-01 

 Urodzinki Ani już za nami więc słów kilka należałoby na ten temat skrobnąć. Ania świętowała swoje 3 latka na dwóch imprezach. Pierwsza z nich miała miejsce w przedszkolu. Jak zwykle personel przedszkola zadbał o świetną zabawę i pyszny tort. Rodzicielka aparat zostawiła, więc i te wspomnienia w kadrze uchwycone. Z opowiadań przedszkolnych cioć wiem, ze impreza się udała, a i uśmiech Ani wszystko mówił. Dzieciaki składały zyczenia jubilatce, były tańce i śpiewanie. Było mnóstwo pozytywnych emocji....















Ale na party w przedszkolu się nie skończyło. W sobotę Ania świętowała swoje urodzinki z rodzinką. Odwiedzili  nas babcia Stasia, dziadek Marianek, ciocia Agnieszka , wujek Piotrek, ciocia Karolina , wujek Marcin, Wiktoria i Marcelinka. Babcia przygotowała pyszny tort. Ania swoje swieczki zdmuchnęła perfekcyjnie. były prezenty i mnóstwo zabawy. Była okazja do rozmów i wspomnień. Wszyscy bardzo zadowoleni z tego spotkania- a jubilatka to juz chyba najbardziej. Niestety nie mogła nas odwiedzic rodzina z Wrocławia- niestety paskudne przeziębienie ich dopadło, więc nie pozostaje nam nic innego, jak tylko życzyć wszystkim dużo zdrowia.










O Dniu Babci i Dniu Dziadka słów kilka....

2011-01-26 

Zacznę od tego, że o tych wyjątkowych świętach wcale nie zapomnieliśmy, a relacja troszke z poślizgiem, bo matka chciała zamieścic przy okazji kilka fotek z tego dnia. A jest co oglądać, bo występy w przedszkolu wypadły w wykonaniu Ani rewelacyjnie. z czego jestem dumna i zamierzam się chwalić. Ale po kolei...
Po pierwsze to jeszcze raz chcę kochanym dziadkom i pradziadkom złożyć najlepsze życzenia z tej okazji. Dziękuje za wszą pomoc i wsparcie w wychowaniu naszej Kruszyny. Jesteście wspaniali.

A teraz op występach słów kilka.
21 stycznia odbyło się przedstawienia najmłodszej grupy dzieciaków w przedszkolu. Osobiście pokazów nie widziałam, ale obejrzałam wszystko, co zarejestrował małżonek na kamerze. Na uroczystość wybrali się też oczywiście anuszkowi dziadkowe- babcia Stasie i dziadek Marian. I nie żałowali ani przez chwilę. Gdy matka czekała na księdza, co to po kolędzie chodził, wszyscy świetnie się bawili. A babcia Stasia to tak przeżywała, że dopiero podczas oglądania nagrania się wyluzowała. Mnie wyjątkowo podoba się to, że przedszkole stara się urozmaicać z występu na występ program. Można usłyszec różną muzykę- od tej typowo dziecięcej, poprzez klasyczną i tę bardziej ambitną z popularnej. I tak można było zobaczyć popisy taneczne dzieciaków m.in. przy Papaya song Urszuli Dudziak, czy przy typowo rosyjskich brzmieniach. Ania tańczy rewelacyjnie, czuje każdy takt, każdą nutkę. Wiemy, ze w przyszłości, o ile będzie chciała, zapiszemy ją na jakieś zajęcia taneczne. Poza tym dzieciaki pięknie śpiewały i mówiły wierszyki. Ja tam jestem dumna, bo widzę jak dziecko świetnie sobie radzi, widzę, że nie ma problemu z tremą, choć większość rówieśników staje jak wryta. Na tym kończę. Poniżej kilka fotek z wystepu.

 







 









No to mamy kochaną 3-latkę!!!

2011-01-24 



 Dziś 24 stycznia- a co za tym idzie naszej kochanej córeczce stuknął kolejny roczek na liczniku. Oj tak poważny wiek osiągnęła w postaci lat 3. A nas duma rozpiera , że przyszło nam być rodzicami tak kochanej dziewczynki. Co dzień nas zaskakuje swoją błyskotliwością, pogodą ducha i niesamowitym optymizmem. Wiemy, ze dla niej warto żyć, że dla niej warto rozwijać się, dla niej warto robić wszystko. I kiedy słyszy się, jak mówi " kocham Cię, muszę dać Ci tysiąc buziaków, oj poczekaj i jeszcze ten jeden" to serce rośnie. Dla niej pokonamy każdą trudność, każdą przeciwność losu.
Kochana córeczko jesteś tym, co najlepsze mogło nam się w życiu trafić. Dziękuję za każdy twój uśmiech, za każde słowo, za każdy gest. Dziękujemy, że jesteś, bo rozpromieniasz nasz każdy dzień. Rośnij nam zdrowo. Niech spełniają się twoje marzenia, a my zrobimy wszystko, by Ci w tym pomóc. Kochamy Cię.

Mama i tata 




Wizyta we Wrocławiu

2011-01-18 

Styczeń już wchodzi powoli w trzecią dekadę a u nas się zakurzyło. Matka za porządki więc się bierze i notki jakieś skleci. A pisać jest o czym, bo działo się i dzieje u nas. Ale po kolei.
Długi weekend spędziliśmy u dziadków Ani z Wrocławia. Wizyta od dawna planowana jakoś długo nie mogła dojść do skutku. W sumie to u nas ciężko jest się do tego typu wojaży zebrać, bo sami ledwie mamy czas dla siebie, a co tu mówić o weekendowych wyjazdach gdziekolwiek. Do Wilkszyna dotarliśmy 6 stycznia. Ania spokojnie przetrwała podróż. Po drodze zgarnęłyśmy Piotrka z Katowic. W sumie zmęczenie nawet nie dało nam się tak we znaki. Ania po dłuższej nieobecności u dziadków potrzebowała chwilki, żeby zaadaptować się do nowych warunków. Nie trwało to jednak zbyt długo. Szybko zaczęła zabawę i dokazywanie, choć muszę przyznać , że dziec był podczas tego pobytu wyjątkowo spokojny. W piątkowy poranek dołączyła do nas Ani siostra cioteczna Agatka. No i zaczęło się. Maszerowały po schodach- namiętnie, malowały farbami i kredkami, "czytały bajki" , bawiły się we wróżki i smoki. Wymyślały co tylko się dało. Widać, że obie dziewczynki podrosły i ich zabawy są już inne niż ostatnim razem- bardziej przemyślane. Myślę, że lubią spędzać ze soba czas.
Z piątku na sobotę babcia Ewa miała przed sobą nie lada wyzwanie, ponieważ my tj. Piotrek, ja i Magda (siostra Piotrka) wybraliśmy sięna spotkanie ze znajomymi, a ona sama została z dziewczynkami. Jakoś to wszystko w miarę ok przetrzymały- i babcia i wnuczki.

W sobotę Ania spotkała się za to z ciocią Agą i wujkiem Piotrkiem i tu radości nie było końca. Ciocia zapewniła swojej chrześnicy wizytę w bawialni. Dziecko wyszalało się na maksa. Z ciocia rozstawać się nie chciała. A wujek zapodał jej jeszcze film animowany " Pierun" jak to okresliła Ania.

Wizyta we Wrocławiu minęła nam spokojnie. Dziecko mogło pobyć trochę z drugimi dziadkami i resztą rodzinki.

Póki co to tyle. Może wieczorkiem coś jeszcze skrobnę



Witamy Nowy Rok 2011- podsumowanie staruszka 2010 :)

2011-01-03 

 Kolejny rok przywitany- a jakże!!! Mam nadzieję, że rok ten będzie dla nas przychylny i ciut lepszy niż ten poprzedni. Jak przystało na notkę noworoczną przyda się krótkie podsumowanie tego, co było w starym. Dla naszej rodzinki 2+1 nie obyło sie bez rewolucji, łez , ale też wielkich radości. Początek roku nie zapowiadał zmian, które miały nas czekać.

Chyba zacznę od Piotrka konieczności zmiany pracy. Praca jest, ale w Katowicach. Jak wiecie oznacza to dla nas ciągłe rozłąki, deficyt czasu na wszystko. I można cieszyć się  i doceniać każdą chwilę, którą spędzamy razem, ale szara rzeczywistość jest taka, że oboje jesteśmy zmęczeni, Ania złości i obraża się na tatę, bo ten cały czas znika. Ja też nie mam siły na zbyt wiele. Praca, domowe obowiązki, egzaminy na biegłego to duzo jak na jedną osobę, szczególnie jeśli chce się przy tym dbać o dziecko, zapewniać mu odpowiedni rozwój. Ale nie ma się co użalać. Dzięki pomocy rodziców jakoś to wszystko ogarniamy. A kiedy patrzę, jak dużo nasza córka potrafi, jakim mądrym i troskliwym jest dzieckiem, to serce mi rośnie a duma rozpiera. To wielkie szczęście i dar od Boga, że nam ją dał i możemy patrzeć i cieszyć się z jej małych sukcesów. Na 2011 rok życzymy sobie, żeby Piotrek znalazł pracę w Kielcach , żebyśmy mogli znowu być razem przez cały czas.

Kolejna rzecz, która przyniósł nam 2010 rok to Ani operacja. Z perspektywy czasu- wszystkie troski związane z tym wydarzeniem odeszły. Została tylko radość, radość z tego, że nasze dziecko jest zdrowe, że póki co nie ma komplikacji po tym zabiegu. Ania cieszy się dobrym zdrowiem. Poza jakimiś lekkimi infekcjami (co normalne jest w przypadku przedszkolaków) nic wielkiego się nie dzieje. Zero antybiotyków itp. I oby w 2011 roku nadal tak było.

O innych wydarzeniach pisać nie ma co- kto czyta bloga na bieżąco wie, że trochę się działo. Mimo to wierzę, że trzeba wierzyć, że nic nie dzieje się bez przyczyny.  A Nowy Rok będzie, jaki będzie. My zrobimy wszystko, aby był jak najlepszy.

I Wam kochani życzę wszystkiego dobrego. Niech 2011 rok przyniesie to o czym marzycie, i zdrówko niech wam dopisuje.

 

O świętach Bożego Narodzenia słów kilka....
2010-12-29 

 Ach jak to zleciało... tak szybko... człowiek cały rok czeka na te właśnie święta, a one jak szybko się zaczynają , tak szybko się kończą. W tym roku jakoś wyjątkowo nie mogliśmy wczuć się w ten klimat przedświątecznych przygotowań. Wszystko robione było w ekspresowym tempie. Piotrek do Kielc wrócił dopiero w wieczór przed wigilią, a ja szczerze powiedziawszy żyłam jeszcze egzaminem i czekaniem na jego wyniki. Dla zainteresowanych egzamin wreszcie zdałam, ale przede mną kolejne zmagania w kwietniu. Na tyle, na ile to możliwe uczestniczyłam razem z Anią w świątecznych przygotowaniach. Ania piekła z babcią Stasia ciasteczka. Śmiechu przy tym co nie miara mieliśmy, bo panna A. co chwilę odpalała jakiś bystry tekścik. I tak przytoczę jeden z nich:
Babcia Stasia: Aniu ale nie psuj tych ciasteczek, które zrobiłaś!!
Ania: Jak sobie życzysz.
Po chwili dodała
A: No nie gadajcie już tyle, bo mi przeszkadzacie.

Wigilie spędziliśmy w rodzinnym gronie z moimi rodzicami, bratem z żoną i dziećmi, siostrą i prababcią Leokadią. Jak zwykle można było się rozkoszować tym niesamowitym klimatem, wspólnymi rozmowami, wspaniałymi zapachami i smakami, które to sprawiają że święta te staja się dla nasz wszystkich magiczne. Nikomu nigdzie się nie spieszyło. Dziewczyny szalały ze szczęścia po rozpakowaniu swoich prezentów. Jaka szkoda, że tego wszystkiego nie można zamknąć w jakimś słoiku i co jakiś czas otwierać go, by przypomnieć sobie jaki wspaniali ludzie są wokół i jakie ma sie szczęście że święta wyglądają właśnie tak.

W pierwszy dzień świąt także byliśmy u dziadków. Ten dzień to było błogie lenistwo, lenistwo do tego stopnia, że pousypialiśmy wszyscy i trzy godziny z tego dzionka wyleciały. Problem był tylko jeden- Ania prawie do północy nie chciała zasnąć.

W drugi dzień świąt odbył się Chrzest Święty mojej bratanicy Marcelinki. Cała rodzina zebrała sie by swietowac to ważne wydarzenie w życiu naszej najmłodszej stokrotki. W kościele Ania zachowywała się w miarę dobrze, no może poza tym, ze chciała być w samym centrum podczas chrztu. Ale mimo wszystko nie mogę narzekać. Podczas przyjęcia natomiast to już był czeski film. Jak dzieciaki się dobrały to bite trzy godziny biegały po restauracji. Kiedy pożegnaliśmy się z gośćmi Ania padła. Dosłownie. Zasnęła jak kamień. Byl to bardzo sympatyczny dzień. Mogliśmy się spotkać z dawno nie widzianymi ludźmi, porozmawiać. Marcelinka była podczas ceremonii bardzo grzeczna. Nawet przez chwilkę nie zapłakała.

Ten czas już minął. Pozostanie tylko w naszej pamięci i w kadrach zdjęć. Tym, którzy przyczynili się do tak cudownej atmosfery z całego serca dziękuję. Dla was i takich chwil warto żyć.

A poniżej jak zwykle kilka fotek:













Komentarzy: 3 (Komentarze)



Weekendów czar
2010-12-20 

 Z niecierpliwością czekaliśmy na ten weekend. Powód bardzo banalny- wreszcie mogliśmy spędzić wspólnie czas bez widma książek, które ostatnio nade mną ciążyły. Sobota minęła na nadrabianiu zaległości w porządkach. Była też wizyta u babci i dziadka. Ania załączyła gadulca i tak nawijała przez cały pobyt u dziadków, ze hoho. Kiedy wracałam z nią późnym wieczorem do domu to taki tekścik zapodała:

A: Mamo a wózek misia został u dziadziusia. Tata będzie smutny. Będziesz musiała mu to wytłumaczyć.
Po czym dodała
A: Tata będzie płakał ze szczęścia, ty go musisz pocieszyć, a ja tu poczekam.

Matka dyspozycje dostała i z córka w dyskusje o pocieszaniu nie wchodziła.

Niedziela minęła tez bardzo szybko. Był spacer, jazda na sankach i Ani debiut z nartami. Dziecku nowy sposób zjazdów z górki bardzo przypadł do gustu. Matce też, z ta małą różnicą, ze biegałam podtrzymując Anię i modląc się by nie fiknąć jakiegoś koziołka po drodze. Po tych śnieżnych szaleństwach lekko zmarznięci, z dużymi rumieńcami na buziach udaliśmy się do dziadków na obiad. Zrobiło nam się po tym obiadku tak błogo, ze w momencie cala nasza trójka usnęła. I tak spaliśmy prawie do 18. Finał tego był taki, że Ania zasnęła wczoraj dopiero o 23:30. No i masz babo placek.
A poniżej fotorelacja z wczorajszego wypadu na sanki.






















Komentarzy: 4 (Komentarze)



Jasełka 2010
2010-12-20 

 16 grudnia odbyły się u Ani w przedszkolu jasełka. W sumie bardziej pasuje tu określenie występy na Boże Narodzenie, ale czy nazwa ma takie znaczenie. Niestety tak się poskładało, ze ani ja , ani Piotrek nie mogliśmy podziwiać popisów naszej małej artystki. Ja miałam w tym dniu egzamin w Katowicach,a Piotrek był w pracy- tez w Katowicach. Ale spokojna głowa, gdzie rodzic nie może , tam dziadek i babcia pomoże. Tak więc dziadek Marianek i babcia Stasia mieli okazję popatrzeć na swoja wnusię w wydaniu scenicznym. Całe szczęście, ze dziadek wszystko nagrał, bo aż żal myśleć, co by było, gdyby nie możliwość odtworzenia przebiegu tamtych zdarzeń. A przyznam, ze było co oglądać. Występ zaczął się od przejazdu dzieciaków na reniferkach. Ania tak przejęta była, ze biegała jak szalona. Kiedy dzieciaki zdążyły zrobić jedno kółko, zaabsorbowane dość liczna widownia, Ania bez tremy zrobiła tych kółek ze trzy. Później dzieciaki zaśpiewały piosenkę o zimie i powiedziały wierszyk o Bożym Narodzeniu. I tu obyło się bez wpadek. Lulajże Jezuniu w wykonaniu Ani powaliło mnie na łopatki. Do tego wszystkiego pokaz tańca a raczej rytmiki z chusteczkami. Oj duma mnie rozpiera jak widzę jak w naszej córeczce buzi się mała artystka. Wszędzie starała się grac pierwsze skrzypce, taki przewodnik stada. I te ukłony. Rodzice aż się podśmiewywali z tej naszej agentki.
Dziś odprowadzając Anię do przedszkola spotkałam w szatni mamę Ani ulubionej koleżanki Oliwi. Powiedziała mi, ze Ania była gwiazdą wieczoru i rodzice naprawdę nie mogli oderwać od niej wzroku. Nawet nie wiecie jak to przyjemność usłyszeć coś takiego. Poniżej kilka fotek z Jasełek.











 

 


Komentarzy: 3 (Komentarze)



Marzenie
2010-12-06 

 

  Dzisiejszy dzień przepełniony jest dziecięcymi marzeniami, oczekiwaniem, czy ich skryte myśli i pragnienia się spełnia, czy Mikołaj ich nie ominie w swojej wędrówce po globie, czy o nich nie zapomni. I Ania od jakiegoś czasu miała swoje marzenie , o którym dużo mówiła. A mówiła z takim entuzjazmem, że człowiek o tym marzeniu nie mógł zapomnieć. Czasami dla nas coś błahego może stać się w oczach dziecka najlepszym prezentem. A o czym mowa.... o zwykłej lalce Barbie, tzn dla nas zwykłej, a dla Ani niezwykłej. Jakiś czas temu powędrowałam do piwnicy i wygrzebałam z niej swoje stare zabawki. Były też tam dwie lalki Barbie z zestawem mebli kuchennych i łóżkiem. Ania bardzo polubiła zabawę nimi. Odgrywała różne scenki z udziałem starych- nowych lal. I od tego czasu zapragnęła właśnie lalki Barbie. W sobotnie popołudnie przywitała tatę takimi słowami:

A:Tato, tato ja ma  marzenie, takie wielkie wiesz!!! "
T: Jakie marzenie?
A: Chciałabym dostać Barbie i konia dla tej Barbie, żeby ona mogła na nim jeździć. To moje marzenie!
T: To pogadamy z Mikołajem, i jak będziesz grzeczna to może ten Mikołaj przyniesie Ci wymarzona lalę i twoje marzenie się spełni.
A: Tak.

Do kochanych moich dziewczynek Mikołaj zawitał już wczoraj. Chciał obdarować Anie, Wiktorię i Marcelinkę jednocześnie. Dziewczyny z prezentów zadowolone- przynajmniej tak mi się wydaje. A Ani marzenie spełnione.

I z wczoraj jeszcze taka anegdotka krótka. Wszystkim było do śmiechu poza dziadkiem Mariankiem. A o czym mowa? Otóż panny Ania i Wiktoria postanowiły wczoraj nakarmić rybki. Ale nie było to zwykłe karmienie rybek. W dziadziusiowym akwarium wylądowały dwa duże pudełka pokarmu, dwa woreczki ze specjalnym nawozem, specjalny płyn do oczyszczania wody w ilości jednej butelki, flet, głowa Barbie i gąbka. Z jendej strony zabawne, skad im wpadł do głowy taki pomysł, z drugiej dziadek miał robote na cały wieczór, żeby akwarium doprowadzić do stanu odpowiedniego. Oczywiście dziewczynki dziadzia za tego psikusa przeprosiły, ale czyz to nie są uroki dzieciństwa. Chęć poznania ponad wszystko.

A poniżej jeszcze kilka zdjęć z wczorajszego spaceru. wypad na sanki bardzo udany. Dwie godzinki chodzenia, zjeżdżania i biegania. Dziecko cały czas pyta, kiedy znowu wybierzemy się na sanki. Pewnie tym razem wypróbujemy narty, które Niunia dostała od Mikołaja.
 
 
a














Komentarzy: 10 (Komentarze)



W zimowych klimatach....
2010-12-03 

 Zima zawitała do nas już na dobre. Kielce zasypane na maksa. Jazdę samochodem można porównać niemalże do jazdy figurowej na łyżwach- tylko samochodom brak tej gracji. No ale ja tu gadka szmatka o pierdołach a o Ani nic. Przez ostatnie dwa tygodnie większość czasu spędzamy u moich rodziców. Piotrka na weekend nie było. Będziemy się widzieć dopiero w sobotę wieczorem. A to wszystko przez egzaminy moje i mojego mężyka. Ania na tym nie cierpi bo dziadkowie szczególnie dbają o to, by wnusi się nie nudziło. Dziadek nie odpuszcza spacerków, nawet gdy na dworze mocny mróz. Dzięki temu dziecko bez chorowania póki co, tylko matka od wtorku na L4 siedzi. Dziś jest już ok, ale kilka ostatnich dni było naprawdę ciężkich. Ani pogoda zimowa w ogóle nie przeszkadza- ona to by mogła godzinami przesiadywać na dworze.
Z rzeczy na topie: Barbie- czy to bajki czy lalki, wszystko jest suuuuper. Może stać tak i przekładać te lale, karmić je, udawać, że gotują obiad, przebierać i co tam tylko. Generalnie zachwycona jest i tyle. I słyszę tylko " Mama bawimy się w Barbie w świecie mody , a mamo dasz moim Barbie coś do jedzenia, a mamo połozysz moja Barbie do tego łóżka , a mamo, czy Barbie może spac z nami w łóżku" I tak w kółko. Poza tym do łask wróciła lala Zuzia. Ania zajmuje się lalą bardzo dobrze. Zakłada kurteczkę, gdy lala idzie na spacer, zmienia jej pieluchy.
Dziecko fascynuje ostatnio fakt, że kiedyś mieszkała u swojej mamy w brzuchu. Czasami pyta: " Mamo a ja mogę wejść do twojego brzuszka- tam jest cieplutko i spokojnie" Tłumaczę wtedy najmłodszej, że nie jest to mozliwe, i ze pewnie kiedys u mamy w brzuszku zamieszka nowy dzidziuś. Oj wtedy to radość już niewyczerpana.
Zbliżają się mikołajki i święta, a tu czasu brak, by pomyśleć o jakiś upominkach dla najbliższych. Tylko jeden problem mamy- brak czasu. Póki co to do 16 grudnia mogę tylko pomarzyć o chwili wolnego czasu, a kiedy jakieś porządki. Szkoda gadać.

Poniżej fotorelacja z jednego ze spacerków. Uwielbiam Anię w tej zimowej odsłonie:

















 

O Marcie, czyli gadającym psie... 2010-11-24 

 Dziś będzie o pewnym bardzo ciekawym psie- oczywiście nie takim prawdziwym, tylko takim z kreskówki. Ania ma ostatnio swoja ulubioną bajkę pt. "Marta mówi". A co za tym idzie, wszystko, co związane jest z Marta Ania wprost uwielbia. Gdy słyszy o niej piosenkę, zaczyna śpiewać, nie myląc ani jednego słowa. A ile przy tym jest radości i fascynacji. Mimika super. Ja tylko patrzę i boki zrywam.
Zanim owa fascynacja kreskówką nastąpiła kupiłam jej książeczkę o opisywanej bohaterce. Ania co wieczór prosiła, żeby własnie tę bajkę jej przeczytać. I na nic było namawianie na lekką zmiane repertuaru książkowego. Aż w końcu mamy lub taty czytanie na nic się zdawało, i Ania sama zaczęła tę bajkę opowiadać. A wyglądało to mniej więcej tak:

A:To jest Marta, o zobacz i Helena też, i brat Heleny Kubuś. Oni chyba jedzą kolację. O i Marta uciekła przez drzwi.
M: I co dalej?
A: A tu jest Bob, zły pies, gryzie swój łańcuch
M: a gdzie on jest?
A: pod schodami, a tam Ciapek goni kota Nelsona
M: A Martę ktoś goni?
A: Bob, Bob goni Martę, o i papuga, ptasi móżdżek. I ona mów, że Bob jest dobrym psem i bob się uśmiecha
M: A czemu?
A: Bo Bob jest teraz dobry i wraca z panem do domu, Bob dobry pies.

I tak mogłaby w kółko. Eh.. po jakimś czasie nam się to znudziło i tym sposobem Młoda zarobiła trzy kolejne książeczki o swojej ulubionej bohaterce. Ciekawe czy te też z taką pasją będzie odpowiadała.

O Marcie było, matka zadowolona, przynajmniej blog lekko odkurzony. Pozdrowienia dla wszystkich.


Komentarzy: 3 (Komentarze)



Takie tam...
2010-11-18 

 Wena coś mnie ostatnio opuściła, ale cóż, sklecę parę zdań, bo czas mija, a pewne rzeczy zwyczajnie umykają z głowy.

Najpierw będzie o ubiegłym tygodniu. Od wtorku byłyśmy z Anią u babci i dziadka w domku. Czasami człowiekowi potrzeba poprzebywać z dorosłymi i życzliwymi ludźmi. A mnie zwyczajnie odpoczynek taki był potrzebny. To już niespełna pół roku, kiedy żyjemy na odległość. Nawet kiedy przychodzi długi weekend, taki, jak ten ostatni, to człowiek nie może mieć pewności, że spędzi go wspólnie, bo Piotrka praca taka jest, że i 11 listopada musiał zawitać do swojej firmy. A i o urlopie nie mogło być mowy. Tym sposobem do soboty byłyśmy u dziadków, gdzie Ania zwyczajnie uwielbia przebywać. Dziadek i babcia starają się wnusi zapewnić jak najwięcej rozrywek. Dziadek od czasu do czasu wyciągnie gitarę, a babcia przygotuje ulubione smakołyki. Zabaw jest cała masa. Ania czuje się u dziadków, jak u siebie, i często to miejsce nazywa swoim domem. Uwielbiam to słyszeć i ogromnie się cieszę, że tak świetnie się z dziadkiem i babcia rozumieją. W weekend dotarła do nas moja Sis i Piotrek, więc radości nie było już końca. Wspólne spacerki, zabawa.... Jak zwykle niezapomniany czas.

Dni są coraz krótsze, jakoś ciężko w tygodniu znaleźć czas na różne rzeczy. Najbardziej jest mi żal, ze na zwykły dłuższy spacer można wybrać się dopiero w weekend. Ale byle do wiosny i jakoś to będzie.

No totalnie myśli zebrać nie mogę, więc zwyczajnie kończę.

Ps. Jeszcze tylko najlepsze życzenia dla bliskich osób naszemu sercu: dla wujka Marcina- ojca chrzestnego Ani z okazji imienin, oraz dla prababci Anuszkowej- babci Oli z okazji 86- tych urodzin. Kochani wszystkiego dobrego dla was. Buziaki od naszej trójeczki.


Komentarzy: 4 (Komentarze)



Nietypowa przygoda...
2010-11-05 

 

 
 Zdecydowanie miałyśmy z Anią nietypową przygodę- to znaczy dla nas nietypową. W Kielcach mieszkamy już półtora roku i do tej pory coś takiego nam się nie przydarzyło. A o czym mowa? Otóż w środowe popołudnie, kiedy jechałyśmy windą na nasze ukochane 10 piętro Ani wypadł z rączki ludek. I ten nieszczęsny ludek wpadł pomiędzy windę i drzwi. No i winda zatrzymała się, drzwi zablokowane, a brakowało około 5cm, żeby ta winda zatrzymała się tam, gdzie powinna. Ania w ryk. Ale spokojnie, płacz nie był spowodowany zatrzaśnięciem w windzie, a tym, że straciła ludka. Matka jakoś w panikę nie wpadła. Komórka pod ręką więc szybko numer do pogotowia dźwigowego wybrałam, i przemiły pan powiedział, że już jedzie i żeby się nie denerwować. I tak spędziłyśmy ok 20 min w tej windzie. W międzyczasie przyjechała Karolina i Wiktoria, które miały nas tego popołudnia odwiedzić. Pan pojawił się szybko, odblokował windę i już spokojnie mogłyśmy wrócić do domu. Z całej tej sytuacji pocieszające jest to, że Ania nauczyła się, by nie rzucać zabawek i nie zbliżać się do drzwi windy. Popołudnie minęło w bardzo miłej atmosferze. 
 

Wczorajszy dzień Ania spędziła u mnie w pracy. Rano marudziła mi w samochodzie i obawiałam się, że pobyt w przedszkolu może ten stan pogorszyć. Tym sposobem Ania zawitała w moim biurze. Bardzo zadowolona , ale też lekko zawstydzona poznawała kolejne pokoje i osoby. Oglądała bajki, kolorowała, bawiła się z moimi kolegami i koleżankami z pokoju. Generalnie pełen luz. Dziś rano też chciała ze mna jechać, ale co za dużo to niezdrowo, więc matka zawiozła ją do przedszkola, gdzie spędzi pewnie miły dzień. Wczoraj po pracy pojechałyśmy jeszcze w odwiedzinki do babci i dziadka Anuszki. Ania opowiadała o przygodach z windą:
Dziadek: Ania a co się wczoraj stało?
A: Zatrzasnęłyśmy się w windzie?
D: A same?
A: Nie, bo ludzik wpadł, i wtedy się zatrzasnęłyśmy.
D: I jak się wydostałyście
A: No taki pan nas uratował, i była jeszcze Wiktoria i Karolina
D:Aha. A co z ludzikiem.
A: Nie ma. Dobra idę już do pokoju.

No i tak dziadek z wnusia sobie pogadał.

A wieczorem Ania po obejrzeniu ulubionej ostatnio kreskówki chodziła i mówiła do mnie tak : Mamo ratuj mnie, bo przyjdzie po mnie WIELGACHNA, ona jest straszna wiesz, uratuj.

No i wkręciło się dziecko na maksa. Nie obyło się oczywiście bez wieczornego czytania bajki. Wczoraj na tapetę poszedł "Plastusiowy pamiętnik" Marii Kownackiej. Bardzo przyjemny i do czytania i do słuchania. Polecam.

A poniżej kilka fotek z 1 listopada. Nie ma to jak wizyta na wsi przy pięknej pogodzie.Tymczasem życzę wszystkim miłego weekendu. PA











Komentarzy: 13 (Komentarze)



Piękny listopad
2010-11-02 
 Tak, właśnie słowo piękny najbardziej ciśnie mi się na usta. Bo listopad zaczął się wyjątkowo pięknie. Oj dawno tak nie było. Należało ten czas wykorzystać. Dawno nie było tak, żebyśmy mogli spędzić całe trzy dni razem. Piotrek dotarł do Kielc w piątkowy wieczór. Uwielbiam te chwile kiedy widzę, jak Ania cieszy się z powrotu taty. Ta radość, to popisywanie się, ta próba wykorzystania każdej minuty danego im czasu. I te uśmiechy.... serce rośnie. W sobotę Ania spędziła większą część dnia na zabawach ze swoimi siostrzyczkami ciotecznymi- Wiktorią i Marcelionką. Piotrek nadrabiał zaległości w domowym zaciszu, a ja z dziadkiem Mariankiem i dziewczynkami wybralismy się na spacer. Dziewczyny raz były grzeczne raz nieznośne, ale najważniejsze, że wszystko co robiły wspólnie sprawiało im radość. Marcelinka większość spacerku przespała. Poniżej kilka fotek z sobotniego spaceru:


 
 
  

 
Osobiście to bardzo cieszyłam się tez czasem spędzonym z najmłodszym członkiem rodziny, czyli Marcelinka. Mała jest urocza i taka kochana.
 

A poniżej obiecane kilka dialogów panny Anny. Trudno wszystko spamiętać, bo Ania gada jak najęta a buzia prawie w ogóle jej się nie zamyka.

M: Ania a co ty jesteś mamy i taty?
A: Serce
M: i?
A: Miłości
M: A jaka ty jesteś?
A: ładna ( mało co z łóżka nie spadłam)
M: i jaka jeszcze?
A: No fajna :)
No i wszystko jasne, a do tego jaka skromna ta nasza córcia.

Odwiedził nas nasz dobry znajomy Piotrek. Ania bardzo lubi tego wujka, bo ten zawsze się z nią pobawi, porysuje, itd.
Ania rozłożyła w pokoju gumę do skakania.
A: No chłopaki wstajemy, wujek wstań, no tato wstań, czekajcie na swoja kolej, a teraz skaczemy, o tak,
wujek skoczył, tata juz się przymierzał,a tu
A: tata czekaj na swoja kolej!!! no teraz skacz, szybciutko

Wychodzimy od dziadków, Ania cały czas zaczepia Piotrka, tak, że ten nie może zasznurować butów
T: no nie moge sobie zasznurować butów!
Ania szybko do kuchni do dziadków podbiegła i tak mówi:
A: dziadek tata nie może butów zasznurować, ale wstyd!!!!
No śmiech normalnie na maksa. Skąd ona wzięła ten wstyd, to ja nie wiem.

W niedzielne popołudnie w zeszłym tygodniu wybraliśmy się na urodzinki, o czym pisałam w poprzedniej notce. Spacerując sobie po głównym deptaku zwróciłam Piotrkowi uwagę, bo ze względu na remonty w centrum, część deptaka otwarta jest dla ruchu. Taki dialog córki i męża się wywiązał
A: tato tu chyba auto będzie jechało
T: Ania auto tu już nie może jeździć, musi skręcic w tamtym miejscu. Nie bój się.
Po chwili jednak pojawia sie auto.
A: Tato uważaj, jedzie auto, anie mówiłam, widzisz , że jedzie!!!

Na dziś to tyle.
A i jeszcze jedno w ostatni czwartek moja najlepsza koleżanka z Kielc urodziła swoje pierwsze dziecko- ślicznego chłopczyka. Kochani bardzo bardzo wam gratulujemy!!! Niech mały rośnie zdrowo,a mama wraca szybko do sił. Ściskam Cię kochana.

 

Jak przedszkole można posadzić o komercję!!!
2010-10-29 

 Hej kochani!!! Wczorajszy egzamin już za mną- i tu wielkie ufff. Wreszcie będzie trochę czasu dla nas, a szczególnie dla niej, mojej kochanej perełeczki. Ale nie o tym ta notka. A o czym- o komercji, która karmi nasze dzieci i uczy tzw amerykańskiego stylu życia. A konkretnie o balu z okazji haloween, z którego to matka się wyłamała i dziecka nie przebrała. Już tłumaczę swój bunt. Po pierwsze to wróciłam wczoraj dość późno z Katowic, więc wykombinowanie kostiumu w tej tematyce graniczyło wręcz z cudem. Ale nawet nie o to chodzi. Zaczęłam się zastanawiać, czy niespełna trzyletnie dziecko zrozumie, o co chodzi z tym całym haloween. Gdyby to jeszcze poprzedzone było jakimś opowiadaniem o słowiańskim pogańskim zwyczaju. Ale nadal nasuwa się pytanie- czy dziecko to zrozumie. Więc w dniu dzisiejszym Ania do przedszkola poszła ubrana normalnie. A najlepsze jest to, że kiedy wchodziłam z nią na sale to zobaczyłam kilka księżniczek, spidermanów itp. wiec powiedzcie mi czy jest sens na siłę uruchamiać taka machinę, jak dla mnie nie. Nie wiem jak zapatrują się na to inni rodzice- ale co tam. Czasami trzeba iść pod prąd. Wytłumaczyłam Ani, że dzieci będą poprzebierane i spytałam czy ona tez chce udawać jakąś czarownicę albo dynię- dziecko powiedziało, że nie. Ona to się boi czarownic i potworów. Tym bardziej utwierdziłam sie w przekonaniu, że na takie zabawy przyjdzie czas- bo pewnie kiedyś przyjdzie. Ale póki co zdania nie zmienię.

Z rzeczy aktualnych: Ania ostatnie dwa tygodnie całe popołudnia i wieczory u dziadków spędzała. Ja sie uczyłam a Piter w Katowicach. Innego wyjścia nie było. I znowu po tym maratonie mam wyrzuty, ze za mało czasu ze mną spędza, choć wiem , że z "kochanym dziadkiem Mariankiem i babcią Stasią" jak ich sama panna A. określa, miała bardzo dobrze. Smutek w serduchu jednak zostaje. W ostatnia niedziele byliśmy tez na urodzinach przedszkolnej koleżanki Nastki. Jak znajdę chwilę to będą i zdjęcia. Póki co to chcę wykorzystać te ładne dni i zabrać Anię na jakiś spacer. Przyjęcie odbywało się przy Muzeum zabawek i zabawkarstwa. Byli aktorzy z teatru Lalki i Aktora Kubuś. Bardzo mile spędzone dwie godzinki. Piotrek szalał z dzieciakami, dał się nawet zawinąć papierem i udawał mumię.
 
 
 


Zdrowie w miarę dopisuje, Ania jakiś mały katarek ma, ale jakos to przeżyjemy. Śmieszne dialogi w kolejnej notce. Buziaki i miłego weekendu!!!

A poniżej jeszcze kilka fotek z wyjątkowej wystawy rzeźb na pl. Artystów w Kielcach. Robi wrażenie.











Komentarzy: 4 (Komentarze)



Miła niespodzianka!!!
2010-10-12 

 W piątkowe popołudnie spotkała nas bardzo miła niespodzianka. Zostaliśmy laureatami konkursu na blog miesiąca września. I tu wielkie podziękowania dla pewnej Pani- o kim mowa, to ta osoba będzie już sama wiedziała najlepiej. Kochana buziak dla Ciebie :*:*:*. A co poza tym u nas. Leci powoli. Ania za tatusiem stęskniona bardzo. Cały weekend wylewała swoje żale. Padały takie słowa" jestem smutna, tata już do mnie nie psyjedzie już nigdy." Całe szczęście że udało mi się dziecko przekonać, ze za klika dni będzie mogła mocno wyściskać swojego tatę. W weekend byli w Kielcach mój brat z rodzinką. Dziewczyny miały okazję się ze sobą pobawić. Jak ja uwielbiam te swoje stokroteczki. Wika- to dopiero rezolutna dziecina. A Marcelinka- no tu aż mi słów brakuje. Starsze panienki wyjątkowo dobrze się dogadywały. Przygotowały nawet dla babci i dziadka wspólnie obraz. Ania tak się zapędziła w tym rysowaniu, że machnęła kilka kresek na babciowych kanapach. No ale czegóż się nie wybaczy wnusi : ). Można było tez usłyszeć takie rozmowy:
- Wittolia porzucamy piłką?
- Nie mam teraz czasu.
- a moze potullamy?
- tak poturlamy.
I tak cały dzień. A najbardziej mi sie podobało, jak Ania określiła Marcelinkę: " Mamo ona jest taka delikatna.
Troskliwość u Ani widać, i to, ze zakochana w młodszej siostrzyczce ciotecznej też. A mnie to cieszy i już.
Wczoraj do Kielc przyjechała po prawie trzech miesiącach bytności w Niemczech moja kochana Sis. Ania przeszczęśliwa na widok cioci-w końcu kto wymyśla najlepsze zabawy, jak nie ciocia. Dziewczyny spędziły na zabawa całe popołudnie i wieczór. Ania koniecznie musiała wypróbować zabawki, które dostała od cioci. Tak więc w domu było m.in. karaoke. Ani przygoda z mikrofonem bardzo się spodobała i coś czuję, że dziś będzie powtórka z rozrywki. A do spania panna a. musiała wziąć oczywiście nowego pieska i tak się w niego wtuliła, że aż miło było patrzeć.
W Kielcach znowu chłodno, rano muszę skrobać szyby, za to słoneczko świeci i generalnie człowiek jakoś pozytywnie się nastawia do wszystkiego. A przede mną powtórka do egzaminu. Tym razem musi się udać. Ania pewnie popołudnia będzie spędzała u dziadków, ale to pewnie akurat jej bardzo pasuje. A przez cały tydzień ma do tego ciocię koło siebie. Poniżej kilka zdjęć z weekendu. Kto chce, niech ogląda, a kto nie chce, to nie musi. Miłego dnia wszystkim.

 

 




Komentarzy: 7 (Komentarze)



Zimne powietrze i piękne słońce, czyli naszego przedszkolaka spacery
2010-10-08 

 Oj zimno u nas w Kielcach ostatnimi czasy przeokrutnie, za to "słoneczko przygrzewa, przygrzewa"- jakby zaśpiewała Ania. Wykorzystałyśmy z Anią wczorajszy prawie bezwietrzny dzień na popołudniowy spacer. Córa szczególnie zainteresowana byla zbieraniem kasztanów, jarzębiny, żołędzi i liści, czyli typowe jesienne klimaty. Przynajmniej na początku. Liczyłam , że panna A. mocno zaangażuje się w chodzenie i poszukiwanie "skarbów". Kiedy tylko na horyzoncie pojawił się plas zabaw, cud byłby potrzebny, by młoda od niego odciągnąć. I zaczęło się: zjeżdżanie, bieganie, wspinanie, huśtanie, bujanie, kręcenie i co tylko na mysl może przyjść- z małymi przerwami na oczyszczenie bucików z małych kamyczków. Dla Ani zabawa swietna, dla mnie już trochę mniej, bo akurat plac zabaw w parku i wszystkie jego atrakcje raczej dla starszych dzieciaków przeznaczone i Ani ewolucje niejednokrotnie o zawał serca mnie przyprawiały. Eh... a kiedyś to samemu wybierało sie najwyższe drzewa do wspinania i co gorsza, wymyślało takie zabawy, ze dzisiaj na sama myśl skóra mi cierpnie. W   każdym razie dziecko wyraźnie zadowolone z naszego spacerowania. Wiaderko pełne kasztanów i jarzębiny oraz bukiet jesiennych liści zebrane- ot wynik tego naszego łazikowania. Ania ogromnie zainteresowała się też jeszcze jedną rzeczą. Wzdłuż skeru szarych szeregów znajdują się popiersia różnych znanych ludzi,a tych popiersi jest z pięćdziesiąt. Pisarze, poeci, malarze, kompozytorzy, rzeźbiarze.... Kiedy tak mijałyśmy kolejne Ania za każdym razem pytała kto to taki. Ja odpowiadałam. Ania powtarzała. Kiedy nie mogła powtórzyć strasznie się denerwowała. Dziecięca ciekawość potrafi być naprawdę inspirująca. A tu kilka fotek z wczorajszego spacerowania:
 
 
 
 
 


Poza tym dni mijają jakoś szybo, Piotrek w ten weekend wyrusza do Wrocławia, my zostajemy w Kielcach. Do Kielc przyjeżdżają za to mój brat ze swoimi trzema kobitkami. a w poniedziałek zawita moja kochana Sis. Oby dobrze wykorzystać ten czas, bo coraz mniej okazji do takich rodzinnych spotkań. Każdy zajęty czymś- czy to praca czy egzaminy, i nasze wyjazdy do Radzymina czy Wrocka należą do rzadkości. Ale staram się, by Ania za bardzo nie odczuwała braku taty. Często odwiedzamy babcie Stasie i dziadka Mariana, zaglądamy na bawialnie, gdy pogoda za oknem nie pozwala na spacery. Do tego wszystkiego malujemy, rysujemy, lepimy z plasteliny różne fajne rzeczy. Ania bardzo lubi bawić się swoimi lekarskimi przyrządami- oj lala Zuzia będzie chyba najzdrowszą lalą pod słońcem. Dzisiaj pogoda też niezła więc może zawędrujemy w kierunku Kadzielni.
A i jeszcze jedno- Ania wczoraj dostała pierwsza czarna kropkę, choć obok niej był stempelek z księżycem. Gdy zapytałam za co tak kropka- młoda szybko się pochwaliła, ze bałaganiła i nie chciała sprzątać. Mały kochany łobuziak.

A to dwa teksty, które mnie ostatnio powaliły- ze śmiechu rzecz jasna.
A: mamo zobacz co zrobiło się z bucikiem , no szok normalnie, co? ( nadminie, że rzep przyczepił jej sie do rajtuzek), Matka o mało się ze śmiechu nie przewróciła.

Kielce mocno rozkopane ostatnimi czasy, a wiec i korków sporo. Czasem mi się wypsnie jakieś słówko o niektórych średnio myślących kierowcach. I tak Ania razu pewnego zachowanie jednego kierowcy skwitowała:
A: Ale ćwot!!! Normalnie by nas zajechał!!!
Musiałam zwolnić, żeby przez śmiech nie zagrażać innym kierowcom. Normalnie babeczka kierowca mi rośnie.
I tym akcentem dzisiejsza notkę zakończę. Miłego weekendu wszystkim.

 


Komentarzy: 11 (Komentarze)



Jesiennej aury czas....
2010-10-04 

  Jesień zawitała do nas chyba na dobre. Brak słońca, za oknem padający deszcz- to wszystko sprawia, ze człowiek już teraz tęskni za wiosna i latem. Uwielbiamy tę jesień ciepłą i słoneczna z tysiącem kolorów od żółci przez brązy do czerwieni. Uwielbiamy zbieranie kasztanów i jarzębiny i robienie z nich jesiennych ludków. Uwielbiamy chodzenie po lesie. Ale co z tego skoro aura nie sprzyja, a jedyne co nam pozostaje, to patrzenie przez szybę na tę szarugę. Eh.... 

A u nas wszystko leci powoli, redaktorka całe zmęczenie i stresy przez poprzedni tydzień odchorowywała. I szczerze to ledwie chodziłam... Dobrze, ze Ania spać chodzi wcześniej, bo byłoby naprawdę ciężko. Mimo tej paskudnej deszczowej aury ja mam wyjątkowy zapał to działania i chęć do wymyślania zabaw. Dziecię z tego powodu bardzo zadowolone. W klimatach przedszkolnych też dużo dużo lepiej niż na początku września. Co prawda przed wejściem do przedszkola próbuje mnie przekonywać , żebym zawiozła ją do taty. Wtedy zaczyna się tłumaczenie gdzie tata jest i dlaczego właśnie tam. Ale nie ma co narzekać. Jest dobrze. 
W przedszkolu wprowadzono tez system oceniania dzieci. Dzieci, które są grzeczne, uczestniczą aktywnie w zajęciach, nie biją otrzymują gwiazdki, na angielskim, gimnastyce i rytmice są stempelki. A jak Ania wypada w tym wszystkim? Rewelacja. Prawie codziennie przynosi do domu taka gwiazdkę, a w dni kiedy mają dodatkowe zajęcia zawsze na łapce pojawia się stempelek. Raz Ania podchodzi do mnie i tak mówi: "Mamo dziś nie mam gwiazdeczti bo się wierciłam." Dziecko ma świadomość, że łobuzowanie kończy się brakiem nagrody, a nawet karą w postaci kropki czerwonej lub czarnej. O tym sama Ania mnie uświadomiła : " Mamo bo Oliwia i Eryk byli dzisiaj niegrzeczni i dostali czerwone kropki, i musieli stać pod ściana, wiesz? M: A ty byłaś grzeczna? A: Tat, i dostałam na lękę klóla" I król faktycznie na rączce był. Ponadto zdarza się, że Ania tak do matki rzeknie : Mamo ty jesteś niegzecna, zaraz dostanies czarna klopkę wstydu" O i masz babo placek. W sumie to korzystamy z tych przyzwyczajeń przedszkolnych- przynajmniej w kwestii sprzątania zabawek. Oj doprowadzało nas to czasami do niezłych nerwów. W ciągu chwili Ania potrafiła doprowadzić dom do takiego stanu, że hej. Teraz obowiązuje ją zasada- kończysz bawić się jedna zabawka, odkładasz ją i dopiero bierzesz drugą. I jakoś to funkcjonuje. 
Z tematów domowych. Ania w tacie zakochana- na maksa. Cały poprzedni tydzień dzień w dzień powtarzała, ze tęskni, że jest smutna, ze go kocha, żebym ja do taty zaprowadziła. A kiedy tata się pojawia to jest takie powitanie, że mi się coś robi. Wspaniały maja kontakt. Tata tylko trochę mało odporny na wymuszanie i fochy córki, ale cóż, tak być musi. Od jakiego czasu stało się naszym rytuałem, że godzinkę przed spaniem spędzamy w piżamach w łóżku czytając i opowiadając bajki. Ania sama też wykazuje się niesamowitą inwencją.... Oj jak ja ja kocham!!!! A o tym już następnym razem.

 

Sobotnio- niedzielny relaks pod znakiem grzybobrania i spacerów
2010-09-21 

 Jak my uwielbiamy tak spędzone weekendy. A ten ostatni należał naprawdę do wyjątkowo udanych. Redaktorka nie musiała ślęczeć nad książkami, a dziadkowie mogli choć trochę odsapnąć ( choć wiem, że opieka nad Ania to dla nich sama przyjemność). Piotrek przyjechał do nas w sobotnie przedpołudnie. A ja już cały weekend zaplanowałam. Postanowiliśmy wykorzystać piękna pogodę i wybrać się na działkę do moich rodziców. Ania pomysłem jak najbardziej zachwycona. Ale w planach oprócz klimatów działkowych była także wycieczka do lasu i grzybobranie. Z jednej strony lekki stres, czy mała będzie w ogóle chciała iść, ale perspektywa wypoczęcia właśnie w ten sposób i korzystania z czystego wiejskiego powietrza kusiła niesamowicie. Zapakowaliśmy wiec wodę, smakołyki, dwa koszyki i ruszyliśmy w drogę. Lasy wokół działki są przepiękne, i jak na moje oko w miarę bezpieczne. Trzeba jednak dziecka pilnować, bo w lasach tych znajdują się jeszcze pozostałości po wojnie w postaci wielkich dołów, które kiedyś były bunkrami. Nasze grzybobranie przebiegło bardzo owocnie: zebraliśmy dwa koszyki i całą reklamówkę grzybów: podgrzybków, sitaków i maślaków. Matka z wielka rezerwa do grzybów podchodzi i zbiera tylko te które zna. Dziecku najbardziej podobały się muchomory- rzecz jasna. Ale panna A. doskonale tez wiedziała, że takich grzybów zbierać i dotykać nie wolno, bo są trujące. Tak spędziliśmy w lesie ponad 2 godziny. Ania większość drogi na rękach u taty spędziła, a to wszystko przez masę gałęzi i różnego rodzaju krzewów, które dość skutecznie utrudniały jej swobodę chodzenia. Niestety zdjęć brak, bo matka- do czego oficjalnie się przyznaję- zapomniała naładować akumulator od aparatu.
W sumie zdjęcia są ważne, ale ważniejsze wrażenia i wspomnienia.
Po powrocie z lasu i spałaszowaniu obiadku udaliśmy się do prababci Leokadii. Ania bardzo lubi jeździć do babci Lodzi, bo zawsze przy okazji tych wizyt może podpatrzeć zwierzątka. Tak było i tym razem: Ania oglądała byczki i kozę, były tez kurki. ale największe wrażenie zrobiły na Ani malutkie szczeniaczki. Dzieć wprost zakochał się w tych cudnych zwierzątkach. a i matce się udzieliło.

Niedziela przywitała nas pięknym słońcem. Był to dobry powód do tego, by wybrać się na spacer. Park troszkę nam się już znudził, więc postanowiliśmy wybrać się nad zalew Cedzynie. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że wody w zalewie brak, została spuszczona, a cały zbiornik będzie czyszczony. Ale to nie pokrzyżowało nam zbytnio planów. Wróciliśmy do Kielc, aby odwiedzić nasz miejski zalew. Mijam go kilkanaście razy w ciągu tygodnia jadąc i wracając z pracy, ale jakoś wcześniej nie było okazji, by właśnie tam wybrać sie na spacer. A muszę powiedzieć, że tereny wokół zalewu, te mniej  lub wcale nie zurbanizowane są wprost urocze. Ania zachwycona rzeka, mostkami, lasem, łąką i wszystkim dookoła. Tata pokazywał jej to wszystko z takim zaangażowaniem, ze dziecko miało ogromna radochę. Myślę, ze teraz częściej będziemy tam zaglądać. Po spacerze szybkie zakupy i kierunek dziadkowie. Pyszny obiadek zjedzony w rodzinnym gronie i niesamowity apetyt dziecka po spacerze.

Tak oto rodzina państwa P. spędzała razem czas. Jak ja marze, żeby takich weekendów i dni było jak najwięcej.


Komentarzy: 4 (Komentarze)



Wreszcie trochę czasu dla nas... przynajmniej do środy
2010-09-17 

 




No i wreszcie mamy trochę spokoju- redaktorka po drugim egzaminie, wiec teraz czekanie na wyniki i chwila wytchnienia. Ania dzielnie znosi te rozłąki, ale towarzystwo ma super wiec nie ma co narzekać. Od dwóch tygodni nasze kochane dziecko codziennie popołudnia spędzało z dziadkami, wracała do domu ok 21 i w zasadzie szła od razu spać. Mnie się serce krajało, ale cóż zrobić. Egzaminy, które zdaję dają całkiem niezłe perspektywy na przyszłość, dlatego musimy teraz trochę przecierpieć ten brak czasu. Piotrek tez działa w kwestii poszerzenia  swoich kwalifikacji i całkiem nieźle mu to wychodzi. A Ania to dzielna dziewczynka, która bardzo dużo rozumie jak na te swoje dwa i pół roku. Czasem zdarzają się jednak sytuacje, które mnie ściskają za gardło i wywołuja niesamowite poczucie winy. Ostatnio Ania mówi do babci Stasi " babciu pomożesz mi jechać do mamy, pomożesz?", a wczoraj tak rzekła do dziadka " dziadziusiu zawieziesz mnie do mamusi, no proszę"
A poza tym to Ania tekstami swoimi rozbraja wszystkich dookoła. Trudno spamiętać to wszystko.  Mozna usłyszeć np, ze krowa merda ogonem, albo podczas wymyślonej rozmowy telefonicznej , że Ania gdzieś oddzwoni bo teraz to nie ma czasu. 

 





Spacerki z dziadziem na porządku dziennym, poza tym dziadek dba o wnusię i na bieżąco przywozi Niuni malinki z działeczki. Panna bardzo zadowolona. Poza tym w ostatni weekend dziecko przeszczęśliwe było, bo kochany tatuś przyjechał i dzieciem super się zajął. W weekend przyjechali tez do Kielc Marcin, Karolina , Wiki i Marcelinka. Dziewczynki tak urosły, że nie mogłam uwierzyć. Marcelinka to słodki aniołeczek,a jej uśmieszki są the best. Wiki to moja taka kochana przylepka. Dziewczyny trochę się pobawiły razem, no i udały się z babcia Stasia na zakupy. Oj a babcia wie jak poprawić humor swoim stokrotkom.
Cos mi się dzisiaj notka nie klei, rozkojarzenie, a moze zmęczenie... trudno powiedziec....

No i jeszcze bardzo wazna sprawa. Wczoraj swoje święto miał dziadziuś marian- a świętował swoje urodzinki. Kochany tato i dziadku życzymy Ci, żebyś był zadowolony z życia, żeby zdrowie Cię nie opuszczało i żebyś nadal był tak wspaniałym dziadkiem, jakim jesteś. Kochamy Cię bardzo.

 








Komentarzy: 5 (Komentarze)



A dziś podobno mamy dzień dobrych wiadomości...
2010-09-08 

 Deficyt czasu nadal trwa, stąd też notki skąpe, pojawiające się nie za często... Ale mówię sobie, ze jeszcze trochę i jakoś człowiek wszystko to ogarnie.
A u nas dziś faktycznie całkiem niezły dzień- mogę nawet rzec , ze bardzo dobry ( tylko ciii bo póki co to ten dzień jeszcze trwa). Jak pewnie wiecie redaktorka pilnie się uczy na egzaminy na biegłego rewidenta. Ot se wymyśliłam : ) W każdym razie pierwszy egzamin mam już za sobą i jak się okazało egzamin ten przez redaktorkę zdany. I tu wielkie uffff. Musze przyznać , ze obaw była cała masa, ale najważniejsze, że mam to już za sobą, a i motywacja do nauki do kolejnych dużo większa.

Powód drugi: Ania ostatnio złapała jakieś paskudne przeziębienie, obyło się bez gorączki  no i dziecko powoli dochodzi do siebie. Poza tym po długiej przerwie w chodzeniu do przedszkola mój maluszek kochany jakoś nie mógł wdrożyć się w to wszystko na nowo. Za to dziś po raz pierwszy nie płakała zostając w przedszkolu. I tu kolejne ufff.

Za oknem słoneczko, Ania dziś do dziadków wybywa, matka do nauki, ale przez to słoneczko jakos tak człowiek przychylniejszym okiem na świat patrzy. Oby jak najwięcej energii mieć.

A z takich ostatnich tekstów Ani:
Leżymy sobie w łóżku, panna A już prawie zasypia, a tu nagle słychać jakieś szuranie u sąsiadów.
Ania: Mamo co to za dźwięk?
Mama: Nie wiem kochanie.
A: Pomyślmy chwilkę. Już wiem to tobie burczy w brzuchu, zjadłaś za male śniadanko, musisz coś zjeść, kocham cie bardzo mocno wiesz?
M: Ja tez cie kocham słoneczko, a teraz spij.

W sobotę wymienialiśmy kaloryfery w mieszkaniu, i całe szczęście ten temat już za nami, w sobotę przyjechał tez Piotrek, a Ania musiała mu oczywiście dokładnie powiedzieć, co działo się domku
A: a wies tato, bo w domu były pany i zamontowały nowy kalolyfel. I teraz mam taki ładny, widzisz?

Tym wesołym akcentem kończę dzisiejsza notkę.

PS ania na dobranoc policzyła mi wczoraj do trzech po hiszpańsku- niezłe zdziwko :p

  Mamo ja idę spać.... 2010-08-30 

 Ania to straszna gaduła- ale to akurat ma po mamusi, bo ja z cała pewnością do osób milczących nie należę. Czasami jej teksty powalają na łopatki- ot takie złote myśli.
Ostatnimi czasy dość często się zdarza, że Ania przychodzi do mnie i mówi: " Mamo jestem zmęczona , idę spać" i bierze swojego misia, ulubiony kocyk i poduszkę i udaje się do pokoju. kładzie sie i zwyczajnie zasypia. Po takiej drzemce słyszę " juz się wyspałam". Jej samodzielność widać na każdym kroku a nas duma rozpiera, że taka córcię mamy. Kiedy pierwszy raz miała miejsce taka akcja z zasypianiem wprost nie mogłam uwierzyć. Ale powoli się do tego przyzwyczajam. Kiedy Ania chce skorzystać z toalety prosi tylko o zapalenie światła. Wszelkie próby pomocy są niewskazane, bo wtedy mozna usłyszec " sio, idź sobie, sama sobie poladze". I tak jest prawie ze wszystkim. Czasami jednak Ania ma potrzebę bycia "malutkim dzieciątkiem" Przejawia sie to przede wszystkim chęcią bycia noszona na rękach. Kiedy jej tłumaczę, ze nie mam siły, Ania bez wahania odpowiada " masz siłe, dasz radę". I bądź tu człowieku mądry... Kiedy jestesmy na spacerze Ania często mów, że gdzies jest stromo, albo, ze cos jest niebezpieczne. Najbardziej jednak bawia mnie jej wymyslane rozmowy przez telefon. A wyglada to mniej więcej tak:
-Halo?
- tak
-no
-dokładnie tak
- właśnie
Matka pyta: z kim rozmawiasz?
- z dziadziem
- tak?
-naplawde
- bawie sie
-właśnie
- zrobic ci kawe? ( pytanie do matki)
-chętnie
-no wlasnie
-kawe lobie dla mamy
- no pa
I tak bez końca by mogła. A ja prawie leżę ze śmiechu, bo dochodzą do tego minki i odpowiednia gestykulacja. Boki zrywać.
Ania należy też do tych troskliwych i kiedy np zaczynam płakać, ona przybiega i mówi" mała czemu płaczesz, juz nie płacz, nie smuć się, juz dobrze? nie boli?, oj" itd
Kiedy ostatnio rozpętała się burza Ania wzięła swojego misia i tak mówi do niego: " Nie bój sie, to tylko burza, ja cie obronie"

I tym zakończe ta notke o wszystkim i o niczym. Koniec.


Komentarzy: 4 (Komentarze)



Koniec lata tuż tuż...
2010-08-30 

 Tak to już teraz jest, ze zaległości na blogu się pojawiają, ale cóż zrobić, egzaminy na mojej głowie, Piotrka w domu brak, a Ania potrafi wymyślać przeróżne rzeczy, by mamę od komputera oderwać. A dzisiejsza notka będzie traktować o drugiej części naszego urlopu, tj. mojego i panny A.
Po powrocie z nadmorskich wojaży potrzebna nam była chwila na odpoczynek. Nie zamierzałyśmy bynajmniej marnować tego czasu na siedzenie w domu. Praktycznie przez cały tydzień jeździłyśmy z dziadkami do Złotej Wody. Pogoda była w miarę udana. A co panna Anna mogła na tej działce porabiać? Najchętniej chodziła na malinki i pomidorki koktajlowe do działkowego warzywnika. Fakt, że boi się pszczół wcale jej w tym nie przeszkadzał. Poza tym to te działkowe malinki smakują jak żadne inne, więc promienny uśmiech Ani miał swoje uzasadnienie. Poza rozkoszowaniem się działkowymi smakami, było tez jeżdżenie na rowerku, zabawa w piasku, wąchanie kwiatuszków, kolorowanie książeczek i wiele wiele innych. Panna nasza z wielką ochota i radością podlewała też babcine kwiatuszki- i ta czynność mogła by dla niej trwać bez końca.  Nie obyło sie oczywiście bez anuszkowych psikusów, i kiedy mama i babcia zajmowały się uporządkowaniem jednego z większych klombów, Ania chętnie wchodziła im na plecy i udawała, że jeździ na koniku. Zabawne sytuacje.
W sobotę do Kielc przyjechali Ani dziadkowie z Wrocławia i oczywiście Piotrek z Katowic. Ania miała okazje poprzebywać z rodzicami swojego taty. Babcia Ewa została do czwartku i zajmowała się Anią. O tym, czy był to mile spędzony czas wiedza najlepiej Ania i babcia.

Ostatni weekend sierpnia Ania spędziła u dziadków. A to wszystko przez konieczność mojego uczenia się. Dziecko z tego powodu jak najbardziej zadowolone. Z opowiadań mojej mamy wiem, że Ania taki apetyt miała, że ja swojego dziecka o to nie podejrzewałam. Poza tym mała wyjątkowo upodobała sobie spacery z dziadkiem Marianem i jego psem Bossem. Z zasypianiem też problemu nie było. Za to w niedzielę tak mnie przywitała, ze aż łezka zakręciła się w oku. Ten tydzień też spędzimy u dziadków, bo zawsze to łatwiej znaleźć czas na naukę. A w czwartek kierunek Katowice.

Jeszcze słów kilka o powrocie Ani do przedszkola. Niestety nie obyło się bez płaczu. Wiem jednak, że jest to wynik tak długiej przerwy, bo Ania w zasadzie nie chodziła do przedszkola sześć tygodni, z czterodniowa przerwa. Ale panie z przedszkola mówią, ze Ania szybko się uspokaja i później ślicznie się bawi. I jeszcze jedna rzecz- Ani przedszkole, to już nie prywatna opieka nad dziećmi, gdzie w zasadzie nie obowiązują żadne wymogi co do programu. Placówka ta została przemianowana na niepubliczne przedszkole i piecze nad nim stanowi kuratorium oświaty. Dzięki temu zapewniony będzie odpowiedni program i wszystko, co wiąże się z wymogami stawianymi przez owe kuratorium. W tym temacie to na tyle...

A foto z ostatnich kilku dni zamieszczę niebawem...


Komentarzy: 5 (Komentarze)



O naszym urlopowaniu, czyli nadmorskich klimatów czar
2010-08-23 

Po urlopie ulokowana przy swoim biurku mam chwilkę, żeby coś skrobnąć. Jest o czym pisać, bo ostatnie dwa tygodnie minęły nam bardzo intensywnie. Jak już wcześniej pisałam urlop spędziłyśmy w Jastrzębiej Górze. Ale od początku....
Wyjechałyśmy z Kielc wczesnym rankiem 7 sierpnia. Pogoda raczej taka sobie, co mnie jako kierowcę troszkę denerwowało. W każdym razie pozytywnie nastawione zapakowałyśmy wszystkie potrzebne rzeczy. Ania dużą część drogi przespała, a kiedy nie spała, to babcia Stasia skutecznie umilała jej drogę. To ponad 550 km minęło jakos w miarę szybko , poza okrutnymi korkami na samym wybrzeżu. Człowiekowi troche cierpliwości brakowało. Ale jakoś dotarłysmy. Po wypakowaniu bagaży skierowałysmy nasze kroki do Centrum Jastrzębiej Góry i oczywiscie nad morze. Bałtyk tego dnia wyglądał wspaniale. Nie był spokojny, a fale rozdzierały błękitna taflę wody w każdej sekundzie. Właśnie takie morze kochamy. Ania lekko zdezorientowana, ale i zachwycona. Sama pognała do schodów prowadzących na plażę. " Mamo jak tu ślicznie". Ten jej zachwyt, ta fascynacja morskim krajobrazem wynagrodziła wszystkie trudy podróży. Pierwszy dzień był dość męczący, dlatego udałyśmy się do naszego pensjonatu, żeby troszkę odpocząć. Ale i tam na Anię czekały atrakcje. Mała wprost uwielbiała zabawy na przydomowym placu zabaw. Rodzice innych dzieci z tego samego pensjonatu określali ją nawet mianem "perszing" bo mała nie chodziła po tym placu, tylko biegała, szybko biegała.

Kolejne dni nadmorskich wojaży mijały nam szybko , ale tez bardzo radośnie. Po śniadaniu udawałyśmy się na lody. Ania bawiła się też na wszystkich możliwych automatach, kulkach, trampolinach, karuzelach. Pływała tez łódka. Atrakcji jej nie brakowało. Panna A. najchętniej Ania wchodziłaby na najwyższe zjeżdżalnie i tym podobne sprzęty, na co jednak matka zgodzić się nie chciała.

Po czasie zabaw na wesołych miasteczkach przychodził czas na plażowanie. No i tu pojawił się mały problem. Ania wody morskiej zwyczajnie się bała- ale mam tu na myśli otwarte morze. Temperatura wody zwyczajnie naszej córci nie podpasowała. Co innego, kiedy matka wykopała małą zatoczkę lub basenik- tam dziecko mogło spędzać całe godziny. Do tego uwielbiała bawić się swoją dmuchaną kaczuszką, piłkami no i oczywiście grzebać się w tej " wielkiej piaskownicy". Na obiad wracaliśmy na kwaterę. Po obiedzie na nudę też nie mogłyśmy narzekać, bo jak już pisałam wcześniej w tym samym miejscu mieszkało sporo rodzin z małymi dziećmi. Ania uskuteczniała rozmowy z nimi. Panna A. to swoją droga bardzo kontaktowe dziecko, które potrafi zagadać i rozśmieszyć niejednego mruka.

W czasie naszego pobytu wybrałyśmy się takze do Władysławowa- które swoją drogą średnio mi się obecnie podoba. Jak dla mnie to zrobiło się z niego spore miasto, zwyczajnie nie ma klimatu. Był tez wypad do Karwi, gdzie są śliczne szerokie plaże, i dużo mniej ludzi niż w Jastrzębiej Górze.
Do domku wróciłyśmy w niedziele 15 sierpnia. Czekali na nas dziadek Marian i Piotrek. Niedziela minęła szybko, za szybko. Piotrek musiał wracać do Katowic, za to my miałyśmy jeszcze tydzień urlopowania przed sobą. Ale o tym innym razem.

A to jak było nad morzem pokazują chwile złapane w kadr. 


Komentarzy: 10 (Komentarze)



Kierunek- Jastrzębia Góra :)
2010-08-06 

 Ach jak ja się cieszę, że mamy już piątek, jeszcze tylko 3 godzinki w pracy i do domku, popakować rzeczy i w nocy ruszamy nad nasz kochany polski Bałtyk. Długo wyczekiwane wakacje- mimo, że nie w komplecie- to mam nadzieję, że będą bardzo udane. Troche przeraża mnie wizja prowadzenia auta przez te kilka godzin, ale co tam, jakoś dam radę. Ania też zadowolona że jedziemy nad morze. Wciąż  powtarza, że idziemy na plażę i że będzie robić to czy tamto. Oby ten wyjazd naszej kruszynce przyniósł jak najwięcej radości. Znając własną mamę, a Anuszkowa babcię Stasię wiem, że dla swoich wnuczek zrobi wszystko, więc i wyjazd będzie pełen wrażeń. A pogoda jaka będzie, taka będzie- nie mamy na nią wpływu więc specjalnie nie zaprzątam sobie tym głowy.

Co do spraw bieżących Ania ma się świetnie. W środę miała mało przyjemną przygodę w przedszkolu. Została popchnięta/ uderzona przez kolegę. Zakończyło się to napuchniętą i lekko przeciętą warga. Poza tym wraca z przedszkola zadowolona, oświadcza mamie, czy była grzeczna. Poza tym wita mnie najpiękniejszymi słowami " Mamusiu przyszłaś. Kocham cię, wiesz?" I tak codziennie.
Od poniedziałku Piotrek pracuje w Katowicach. Niektórzy pewnie będą zdziwieni, ale tak wszystko się potoczyło, że praca w Katowicach okazała się być dla niego lepsza, niż ta w Łodzi. Jak to będzie , nie wiem. W każdym razie weekend spędziliśmy właśnie w Katowicach. Ania bawiła się ze swoim tatusiem i nie odstępowała go na krok. Co prawda powoli przyzwyczaja się powoli do nowej sytuacji- czytaj: tata tylko w weekendy- ale i tak tęskni.

W poniedziałek wybrałysmy się z Anią na działeczkę. Ania oczywiście bawiła się w piasku i obowiazkowo podlewała kwiatuszki babci. Poza tym pojawioły się na działce pierwsze malinki i pomidorki koktajlowe, z czego panna A wyjątkowo zadowolona.

Z takich tematów ogólnych: mała panna A szczególnie upodobała sobie ostatnimi czasy dwie bajki " Dora the explorer" i Go! Diego Go!" Dziecko zakochane w bohaterach z tych kreskówek. A pisze o tym dlatego, że mała bardzo duzo łapie słówek angielskich właśnie z tych bajek. Ania potrafi po angielsku:
- policzyć do 10
- powiedzieć thank You, you're wellcome, faster, climb, jump, bridge, mountain, island, river, lake, mummy, daddy, open, red, yellow, blue, green itd.
A to nie tylko pusto wypowiadane słowa. Ania wypowiada je , gdy określa konkretne rzeczy, jak liczy, jak dziękuje za coś. A ja najbardziej lubie kiedy śpiewa mi kołysankę " twinkle twinkle little star" Miód na serce  :)

Poniżej kilka fotek z ostatniego tygodnia.







PS Trzymajcie kciuki za nasze wakacje. Do usłyszenia po powrocie. Pa

 

Jak to jest mieć zdrową córkę... czyli o naszej kochanej 2,5- latce
2010-07-28 

Ale ten czas szybko biegnie... Nawet nie wiem kiedy Ania skończyła to dwa i pół roku. Duża panna. Ale co najważniejsze, to to, że zbiegło się to z tym całym szpitalnym pobytem. Ania należy do bardzo rezolutnych dziewczynek. Nasz dziewczynka czasy pampersowe ma już za sobą, sama korzysta z toalety, pięknie posługuje się tez sztućcami, butla też dawno poszła w odstawkę- teraz najchętniej pija w mamusiowych kubkach. Bardzo dużo mówi... bardzo... Czasami to aż człowiek ma dość, ale tak na serio to ta jej umiejętność akurat bardzo cieszy. Mały z niej uparciuszek, za wszelka cenę próbuje przekonywać do swoich racji ( a i płacz, i próby siły, jak również krzyki wchodzą tu w grę) Uwielbia jeździć na hulajnodze, uwielbia opiekować się swoimi lalami i misiami. Plastycznie-zależy od humoru. Na topie jest plastelina, kredki i farby. Z jedzenia przepada za owocami- tu prym wioda maliny i borówka amerykańska. Na śniadanie najchetniej jajecznica, paróweczki lub naleśniki. Obiadki różnie. Poza tym Ania kocha wszelkie zabawy na dworze, szczególnie te na działce u dziadkków, ale i plac zabaw ze zjeżdżalnią sprawia jej niesamowitą frajdę. To tyle narazie...

Co do pierwszej części tematu- tak, mamy wreszcie zdrowe dziecko!!!! Uczucie niesamowite. Minęły dwa tygodnie od zabiegu, a Ania czuje się świetnie. Po trudnościach w oddychaniu nie ma śladu. Dziecko sie wysypia, budzi się zawsze w dobrym humorze. Znikneły sińce pod oczami i wrócił apetyt... i to wilczy apetyt. Dziecko odzyskało radość. A my wreszcie słyszymy dziecko, które nie ma problemu z mówieniem, i ma milutki dzieciecy głosik. Wiem, że decyzja o zabiegu była trafiona. Teraz dopiero zdajemy sobie sprawę, jakie trudności przynosiło jej nabranie powietrza. Od października 2009 roku Ania notorycznie miała katar, który tak naprawdę katarem nie był. Teraz póki co jest spokój i oby tak dalej. Do drugiego sierpnia jestem z Anią na zwolnieniu lekarskim. Lekarze chcą mieć pewność , że wszystko do końca jest wyleczone, zanim Ania wróci do przedszkola. Takze 2 sierpnia ostatnia kontrola pozabiegowa .

A już niebawem wybieramy się na wybrzeże do Jastrzębiej Góry. Tak się poskładało, że niestety Piotrek nie ma urlopu i nad morze jedziemy tylko z babcia Stasia- takie babskie wakacje. Oby tylko pogoda w miarę dopisała.
Pogoda za oknem średnia, ale muszę przyznać, że jak dla mnie to na ten moment w sam raz. We wrześniu zaczynają mi się egzaminy i kiedyś trzeba się uczyć.

Na dziś to tyle. Wena uciekła i nie chce wrócić. Całuje wszystkich

P.S. Specjalne podziękowania dla naszej kochanej Madzi Mitkowej za pamięć i śliczną noteczkę imieninkowa dla mnie i Anuszki. Dzięki kochana : )

A już tak na sam koniec tekst Ani z dzisiaj:
na stole w pokoju rozłożone są moje papiery i książki, Ania po drzemce wchodzi do pokoju i mówi:
Niestety musimy posprzątać, bo jest stlasny bałagan!!
i nie ważne że na podłodze porozrzucane przez Anię zabawki leżały- posprzątała matki bajzel :)


Komentarzy: 4 (Komentarze)



W szpitalu- jak to jest?
2010-07-14 

 Zacznę od tego, że Ania jest juz po zabiegu i czuje się dobrze. To tak na początek.
w poniedziałek stawilismy się w szpitalu ok. godziny 11. Ania została przyjeta, dostała dwie rózowe bransoletki na rączki i udalismy się w kierunku oddziału. Po niedługim czasie prazydzielono nam łóżka- dwa- jedno dla Ani , jedno dla mamy. Ania została z dziadkiem Mariankiem i ciocia Agnieszka, a mama pognała do pracy. Po pracy kierunek szpital. Ania była naprawde pogodna, wieczorem miała założony wenflon. I musze przyznać, że z córki jestem dumna bardzo. Prawie nie zapłakała przy zakładaniu tego ciała obcego. Łzy pojawiły sie dopiero po założeniu bandaża. A i to nie trwało długo. Po godzince ten osobliwy "motylek" bardzo mej córce przypadł do gustu i spytała, czy może miec taki sam na drugiej rączce. Noc minęła w miare spokojnie. Nie było źle.
Wtorek 13 lipca- Ania jest przygotowywana do zabiegu. Od wieczora dnia poprzedniego nie może nic jeść ani pić. Rano dostaje pierwszą dawkę antybiotyku. Po pół godzinie pielęgniarka przynosi syropek, który ma Anie lekko rozluźnić i uspokoić. Dziecko wypija wszystko dzielnie. Przenosimy się na drugie łóżko- to już ostatnie chwile przed zabiegiem. Ania po syropku trochę otumaniona, śmieje się na widok prawie wszystkiego. Przed godzina 8 zostaje zabrana na blok operacyjny. Zaczyna się czekanie. W szpitalu towarzyszy nam dziadek Marian. Widzę, że minę ma nie tęgą- przecież Ania to jego kochana wnusia, i jak każdy dziadek boi się o nią. Stres pojawia się nie tylko u niego. Co kilka minut dzwoni do nas Piotrek i babcia Stasia, ciocia Karolina też martwi się o małą. Ok godziny 9:15 wychodzi lekarz, który brał udział w zabiegu. Jego słowa uspokajają. Wszystko przebiegło dobrze. Migdały wycięte. Dziecko ma się dobrze. O 9:30 wchodzę na salę wybudzeniową. Ania śpi po narkozie. Od czasu do czasu wybudza się lekko zdenerwowana.  Ok. godziny 11 Ania zostaje przewieziona na salę swojego oddziału. Prawie cały czas śpi. Tylko pragnienie bardzo ją męczy. A tu matka może tylko rozkładać ręce. dla jej dobra - zero płynów aż do następnego dnia. Ok godz. 16 Ania dostaje kroplówkę z glukozą, po której znowu zasypia. Wieczorem pojawia się lekka gorączka 37,8st. Pielęgniarka podaje paracetamol i wszystko wraca do normy. Noc raczej spokojna. Dziecko musiało gdzieś złapać jakiegoś wirusa, bo pojawił się katarek i kaszel. Poza tym wszystko ok. Na pierwszy łyk wody dziecko reaguje z wyraźna ulgą. Po środowym porannym obchodzie odwiedza nas jeszcze lekarz. Mówi ze wszystko jest ok, ze dziecko jest troszkę jeszcze osłabione, ale póki co wszystko przebiega jak należy. Dziś opiekę nad Anią przejął dziadek Marian  na zmianę z ciocią Agnieszka. Ja wracam do Ani po pracy. Malutka wychodzi ze szpitala jutro lub w piątek. Damy radę. Poza tym nasze dziecko rozkochało w sobie większość białego personelu. Jej urok urzeka niejednego. Póki co to tyle. Jest dobrze i to nas cieszy najbardziej.
Ps. Jeszcze jedno. Głos naszej perełki jest teraz taki subtelny i dziecinny- zakochałam sie w nim na nowo. 


Komentarzy: 11 (Komentarze)



Czas dla nas...
2010-07-12 

 To już miesiąc naszej "rozłąki". Spytacie jak jest? Bywa różnie... Po pierwsze to Ania tęskni za swoim tatusiem i czeka na każdy jego przyjazd. a jak Piotrek stanie już w drzwiach to nie odstępuje go ani na krok. Zakochana w nim jest. a mnie ściska gardło kiedy wiem, że na przedpokoju stoi już spakowana torba i znowu będzie trzeba powiedzieć " do zobaczenia". Piotrek tez tęskni, choć o tym nie mówi. Za to kiedy przyjedzie ma naładowane akumulatory mnóstwem radości i cierpliwości. A czego mnie brakuje? Jego obecności, szczególnie kiedy Ania już śpi i nie ma się do kogo odezwać. Oj kochamy tego naszego mężczyznę. Ania codziennie zadaje pytania. " a gdzie tatuś" " tatus pojechał do Łodzi do pracy", albo mówi " ja chcę, żeby tatuś tu był" "chce tatusia", " " a kiedy tatuś przyjedzie?".
Nastają jednak dni, kiedy znowu jesteśmy razem, kiedy możemy cieszyć się ze swojej obecności. Korzystamy z tego na tyle, na ile sie tylko da.
Sobota i niedziele praktycznie w całości spędzone na działce. Sobota tylko we troje, a niedziela razem z dziadkami i prababcia. Cudownie... Basenowe szaleństwo... Bieganie... Szukanie truskawek... Piaskowe babki... Granie w piłkę... Oj tyle tego było. A najważniejsze, że wszystko razem. Ania w sobotę zasnęła o 18 i tak spała do rana. Po niedzielnym obiadku kierunek Złota Woda. Tym razem mieliśmy troszkę inny plan na spędzenie tego dnia. Poza chłodzącymi kąpielami w basenie, był spacer. Wyjątkowy spacer. Wybraliśmy się drogą przez las. Była piękna polana, cała usiana polnymi kwiatami, szczególnie chabrami. Z daleka jej błękit wyglądał jak czary. Ania liczyła tez krówki pasące się nieopodal, uciekała, pokazywała nowe okazy przyrody. Było podziwianie pięknego lasu mieszanego, i obserwowanie ślimaków.
Na działeczce Ania pomagała babci i dziadkowi zbierać fasolkę i inne warzywa. a ile było przy tym wyznań miłości: " Babciu kocham Cię, wiesz?, pomogę ci, dobrze?" "dziadziuś kocham cię tak bardzo bardzo mocno, wiesz?" Takie zdania słychać było przez cały czas....
I tak minął weekend...
A dziś mamy poniedziałek, Piotrek pojechał do Łodzi, a my co... Ania w szpitalu... jutro zabieg.... Ale o tym następnym razem...









Komentarzy: 0 (Komentarze)



Wakacyjne opowieści
2010-07-12 

 Oj miałam się poprawić, pisać częściej, ale cóż zrobić, jak taki upał za oknem, redaktorka nadal podziębiona... Dziś będzie o pierwszym  weekendzie lipca. Nie było kiedy pisać, to trzeba teraz nadrobić.
Pierwszy weekend lipca spędzony po trochu w Złotej Wodzie i w Krakowie- tzn sobota działkowa, niedziela wycieczkowa.
Oba dni spędzone jak zwykle fantastycznie. Złota woda tym razem była łaskawa jeśli chodzi o temperatury i wiatr. W związku z tym wykorzystaliśmy to i popluskaliśmy się troszkę w basenie. Ania nie była za bardzo przekonana do chodzenia po tym basenie, za to miejscówka na jego środku na krzesła wydawała się być dla naszej małej panny wręcz idealna. A nadmienię, że na działeczkę zagościli też Karolina, Marcin, Wiktoria i Marcelinka. Nie zabrakło tez Agnieszki i Piotrka. Dziewczynki super się ze sobą bawiły. Chodziły razem na truskawki, wąchały kwiatki, robiły babki z piasku, no i oczywiście doglądały Marcelinki. Ja lekko na dystans się trzymałam, bo kipa do pasa i dzieci zarażać nie chciałam. Zabrakło nam tylko Piotrka, który dojechał do Kielc dopiero sobotnim wieczorem.

Niedziela upłynęła nam pod znakiem wizyty w Krakowie. A wizyta ta związana była z przyjazdem do Polski Piotrka cioci Jadwigi i siostry ciotecznej Julii, które to na stałe mieszkają w Stanach Zj. Około południa dojechaliśmy do hotelu, po czym wszyscy ( a dołączyli do nas także dziadek Janusz, ciocia Magda i Agata) udaliśmy się do PArku Jordańskiego. Dziewczyny miały tam mozliwość nieźle poszaleć. Były przejażdżki na różnych samochodzikach i helikopterach, byli klauni chodzący na szczudłach, dwa świetne place zabaw, bieganie alejkami. W końcu Anię zmorzył sen i tak przespała całą drogę do hotelu, my zjedliśmy obiad, a panna dalej spała... Nie chcąc tracic czasu, jeszcze zanim Ania wstała udaliśmy się w kierunku krakowskiego rynku. Na rynku odbywał się akurat jakiś koncert. Ania juz wstała, więc trzeba było napełnić jej pusty brzuszek. Po obiedzie jeszcze przerwa na kawkę i kolejny spacer. Ciocia Jadwiga zaprosiła nas tez na przejażdżkę bryczka po Krakowie. tym sposobem zobaczyliśmy m.in. Wawel i słynne papieskie okno. Oj mnóstwo wspomnień z tym dniem mamy. Zabawa była bardzo udana, a i spotkanie świetne.
Inauguracja miesiąca jak najbardziej udana. A do Krakowa zajrzymy jeszcze na pewno.
 







Komentarzy: 1 (Komentarze)



Chwile grozy.../ po konsultacjach z lekarzami
2010-07-05 

 O tak, chwile grozy to najlepsze określenie tego co mi się w zeszłym tygodniu przytrafiło za sprawą pomysłowości naszej kochanej córci. A o co chodzi, to już piszę. Otóż, jak większość z was wie, Piotrek pracuje w Łodzi, więc co do zasady popołudnia i wieczory spędzamy z Anią same. A co za tym idzie, wszystkie obowiązki domowe spadają na rodzicielkę. I tak matka rozwieszała sobie pranie w zeszłym tygodniu na balkonie, a że mieszkamy dość wysoko, bo na 10 piętrze, to z reguły przymykam za sobą drzwi, żeby dziecko nie kręciło się po owym balkonie. Ania oglądała sobie bajkę, a ja tak wieszałam. W pewnym momencie Ania podleciała i zamknęła mnie na tym balkonie. Z początku chyba wpadłam w lekką panikę, bo ani jednego pomysłu na to nie miałam, jakby ten nasz kochany balkon opuścić. Co lepsze dziecko chyba nie zdawało sobie sprawy z powagi sytuacji i w najlepsze wróciło do oglądania bajki. Nawoływanie i prośby nie dawały większego rezultatu, sąsiadów nie było, więc nic tylko siąść i załamać ręce. Po którejś mojej prośbie Ani udało się lekko podnieść klamkę. Jednak nie było to wystarczajace. Po kolejnych minutach dziecko zainteresowałao się czymś w drugim pokoju, którego nijak nie da się z balkonu zobaczyć.  Miałam gdzieś, czy rozwalę drzwi balkonowe, czy nie, wypchnęłam je z całej siły i weszłam do domu. Wszystko dobrze się skończyło, ale dawno nie miałam takiego ciśnienia jak po tej sytuacji. I nikomu tego nie życzę.
Ania po całej tej akcji po pierwsze dostała od mamy reprymendę, a po drugie została wyściskana i wycałowana.



A w odniesieniu do drugiej części tematu, to napiszę, że jesteśmy po konsultacji z anestezjologiem i laryngologiem. Wszystko jest ok. Lekarze wyjaśnili mi jak będzie to wszystko przebiegać. Nie mamy się o co martwić, ale stres i tak jest. Wyniki badań wyszły ok. W poniedziałek 12 lipca stawiamy się do szpitala. I czekamy na rozwój wydarzeń. Póki co to tyle... Wena poleciała sobie daleko....

 

Pierwsze dni lata
2010-06-28 

 Zeszły tydzień pogoda nas nie rozpieszczał, ale cóż nie mamy na to wpływu. Staramy się korzystać z pogodnych dni na tyle, na ile to jest możliwe. Tydzień minął nam raczej spokojnie. Byłam z Anuszką u lekarza po zaświadczenie. Poza tym przyczepił się do niej jakiś katar, co mnie bardzo irytuje, bo o takie coś mała może mieć przesunięty zabieg. W piątek byłysmy tez na badaniach krwi- wyników póki co jeszcze nie znamy. Dopiero podczas konsultacji z anestezjologiem okaże się co i jak w tym temacie. Muszę powiedzieć, że jestem dumna z córki. Krew miała pobierana taka samą igłą jak dorośli, a i jej ilość jak dla mnie była przerażająca- bo aż trzy probóweczki. Ania co prawda troszkę zapłakała, ale nie wyrywała się , tylko cierpliwie czekała, aż wszystko się skończy. A i panie, które pobierały tę krew okazały się być nad wyraz ciepłe i opiekuńcze. Niestety po badaniach nie było już tak kolorowo. Wiozłam Anię do przedszkola, aż ta nagle zaczeła bardzo wymiotować. Nigdy nie widziałam swojego dziecka w takim stanie. To chyba te nerwy do tego doprowadziły. A tu ani się zatrzymać, ani nic. No szok maksymalny. Podjechałam pod przedszkole, ale nie było nawet mowy o tym, żeby Ania do niego poszła. Ten dzień spędziła z dziadkiem Mariankiem. A dziadek zabrała Anię na spacer, do magistratu i do kawiarni. ania szybko nabrała apetytu i wszystko wróciło do normy. W piątek wieczorem przyjechał do nas Piotrek i tym sposobem weekend uważaliśmy za rozpoczęty. Sobotnie przedpołudnie spędzone w domu, a później wyjazd na działkę. Rodzicielka pomagała swojej mamie w pieleniu grządek,a Piotrek zajmował się ukochana córeczką. Dziadek zrobił nam niespodzianke i złożył śliczny pawilon nad stołem. Ania nie odstępowała Piotrka na krok. Bardzo za nim tęskni, i widać było jaką radość sprawia im obojgu wspólna zabawa. Te chwile są wręcz magiczne. Niedziela także spędzona w działkowym klimacie. Tym razem dołączyli do nas Aga, Piotrek i prababcia Leokadia. Było jedzenie truskawek prosto z krzaczka, wspólne zabawy w piasku, grillowanie, i własna obecność- naprawdę nam tak niewiele potrzebne jest do szczęścia. Już czekamy na kolejny weekend, choć będzie on skrócony, bo Piotrek w sobotę ma szkołę. W niedzielę planujemy wyjazd do Krakowa. Ale o tym wszystkim innym razem. A zdjęcia może wieczorem.

 
 



 



Komentarzy: 2 (Komentarze)



Jak to teraz jest!
2010-06-21 

 A no właśnie- jak to teraz jest? Czy świat stanął nam do góry nogami? Spodziewałam się, że po wyjeździe Piotrka będzie mi i Ani ciężko, że jednak będę musiała poprosić rodziców o pomoc. Jednak nie, dajemy radę. Matka organizuje się znacznie lepiej, bo przecież innej możliwości nie ma. Dwa razy w tygodniu zglądamy do dziadków Anuszkowych, a resztę czasu spędzamy na zabawach w domu ( w przypadku deszczu), albo na dworze. A tydzień mija szybko, i w piątek znowu się widzimy. Czego najbardziej nie lubię w tym tygodniowym czekaniu- wieczorów. Wcześniej było tak, że po całym dniu tylko czekałam, aż nastanie wieczór i będę miała chwilę na zebranie myśli i rozmowy z Piotrkiem. Teraz wieczory są takie ciche.
A jak w tym wszystkim odnajduje się Ania? Całkiem nieźle. Tęskni za tatą- to normalne. Staram się jej jakoś tłumaczyć, ze tata musi jeździć do pracy. Czasem bywa smutna. Widzę jednak, że przelewa na mnie całą czułość, którą obdarzała Piotrka. A przejawia się to choćby w zabawach. Widzę, że bawi się ze mną tak samo jak z Piotrkiem. Do tego wszystkiego mam wrażenie, że chce mi pomóc. Nie ma już tak często napadów złości, buntu, częściej mi pomaga.
Wspólny weekend za nami. Było jak zwykle świetnie. Wizyta w Złotej Wodzie, zabawa na działce- uwielbiamy to. W niedzielę wizyta u dziadków na obiedzie no i obowiązkowo stawienie się w lokalu wyborczym. Głosy oddane. Obywatelski obowiązek spełniony.

Dawno nie pisałam o tym, jak zmienia się Ania. Co potrafi, co lubi, a czego nie. Ton teraz tak skrót. Nasza prawie 2,5 letnia córeczka jest fanką Dory. Uwielbia odkrywac z Dorą świat. A przy okazji szkoli angielski. I czasami po jdzeniu zdarza jej się powiedzieć tak: "mniam mniam mniam it’s delicious". A ja boki zrywam. Zasób słów angielskich zwiększa się z dnia na dzień. W słowniku można spotkać takie słowa jak: hello, bye, backpack, mountain, river, car, map, island, blue, red, yellow itd... Poza tym nadal uwielbia tańczyć. I śpiewać... Co do nawyków zywieniowych, to matka robi wszystko, by dziecko przybrało troszkę na wadze. Ania apetyt raz ma raz nie. Bez wahania moge powiedzieć, że dziecko uwielbia naleśniki, parówki i jajecznicę. Od jakiegoś czasu na śniadanie pija kakao. Uwielbia też owoce: truskawki, banany, gruszki, winogrona i jabłka. Do przedszkola chodzi z ochotą.

 W tym tygodniu wybieramy się na zlecone przed zabiegiem badania, i po oświadczenie od lekarza, że nie ma przeciwskazań do przeprowadzenia zabiegu. 30 konsultacja i trzymajcie kciuki, żeby wszystko poszło dobrze.

Póki co to tyle. Postaram się pisać częściej.

 



 



Komentarzy: 6 (Komentarze)



Zmiany
2010-06-09 

Jakiś czas temu pisałam, że w naszym życiu duzo się dzieje, szczególnie spraw niezależnych od nas. I tak juz dziś mogę napisać, co takiego sie zmieniło. Piotrek zmienia pracę, a co się z tym wiąże, czeka nas trudny czas. Pracę ma w Łodzi i od najbliższego poniedziałku będziemy widywać się tylko w weekendy. Cieszę się, że ta praca da mu możliwość rozwoju, z drugiej strony przykro mi , że będziemy taką weekendową rodziną.
Z tematów ważnych- Ania ma zabieg 13 lipca. Troszkę się tego wszystkiego obawiam, ale wiem, że jest to lepsze, niż co noc martwić się, czy dziecko aby oddycha. Stres związany z komplikacjami, jakie wywołują przerośnięte migdały ogromny. Ale wszystko zmierza ku lepszemu. Na 30czerwca mamy wyznaczona konsultację z anestezjologiem i laryngologiem. I jak badania wyjda pomyślnie to do szpitala zawitamy 12 lipca.
Z innej beczki. Mamy kolejny mały sukces- Ania śpi od jakiegoś tygodnia bez pieluszki. Nie było ani jednej wpadki. Rodzice dumni. Poza tym Ania jest posiadaczką pięknych czterech piątek.
Trzymajcie za nas kciuki, zeby to wszystko jakoś się ułożyło.

 
 





Komentarzy: 10 (Komentarze)



Długi weekend czerwcowy
2010-06-09 

 Weekend czerwcowy- ten z rodzaju dłuższych- minął szybko, jak dla mnie za szybko. My spędziliśmy go praktycznie w całości na działce w Złotej Wodzie. Czas jak zwykle uroczy, wspaniały. Przyjechali tez do Kielc - Marcin, Karolina, Wiktoria i Marcelinka. Nie zabrakło oczywiście mojej kochanej Sisterki Agnieszki. Wow co te kochane dziewczyny wyprawiały- normalnie szok. Pomaganie dziadkom w ogrodowych tematach wchodzi im jak najbardziej w nawyk. a dziadkowie nic, tylko się cieszą. Ja troszkę A ja Mrcelinkę bawiłam, nosiłam i karmiłam. Ach jaka to słodka istotka- i taka jeszcze bezbronna. Cóż więcej pisać. Dziś wieczorkiem foto relacja, bo nic nie odda tego czasu lepiej, niż wspomnienia w kadrze zamknięte.
 


 
 


Komentarzy: 3 (Komentarze)



Dzień dziecka, występy i festyn
2010-06-09 

 Notka dzisiejsza poswięcona tematom, które sa już za nami, a które bardzo mile wspominamy. Dzień Dziecka to jak wiadomo bardzo fajne święto, bo każdy- czy duży czy mały dzieckiem jest. Ania wyczekiwała na ten dzień bardzo, a to wszystko za sprawą opowiadania mamy. My rozpoczęliśmy świętowanie już w ostatni dzień maja- wtedy Ania dostała swoją wymarzoną hulajnoge. Jej radość i uśmiech mówiły wszystko- wyraźnie ten prezent jej podpasował. Hulajnoga wykorzystywana przy każdej okazji. I zawsze towarzyszy temu radość naszego dziecka. 1 czerwca dzieciaki przygotowały dla nas rodziców przedstawienie z okazji Dnia Mamy i Taty. Piekne śpiewanie i mówienie wierszyków, i jak zwykle totalny brak tremy- to zapamiętam z tego dnia. Po występach wizyta u dziadków i kolejny prezencik dla Anuszki. Niestety tak się złożyło, że koniec dnia dziecka minął nam raczej w ponurej atmosferze, a to wszystko przez pewne wydarzenie, które miało miejsce, i w sumie nie dotyczyło nas osobiście. Powiem tak- cieszę się, że mam taką rodzinę, w której każdy się wspiera i możemy na siebie wzajemnie liczyć. To bardzo się przydaje w trudnych chwilach.a
Wracając do przyjemniejszych rzeczy- w środę przed długim weekendem przedszkole Ani zorganizowało dla swoich maluchów i ich rodziców festyn. Całe szczęście pogoda dopisała i wszyscy się świetnie bawili. A i atrakcji nie brakowało. Były zjeżdżalnie, domek, w którym dzieciaki skakały, domek z kulkami, wata cukrowa, no i kucyk, na którym każde dziecko mogło jeździć do woli. Wszystko dograne i dopięte na ostatni guzik. Poza atrakcjami w postaci miejsc do zabawy, organizatorzy zadbali też o ciepły posiłek. Uważam, że był to świetny pomysł. Rodzice mogli wreszcie się poznać, a dzieciaki mogły wybawić się do woli. To tyle na tematy z tematu : ) Poniżej będzie fotkowa relacja, jak matka zdjęcia przygotuje.











Komentarzy: 2 (Komentarze)



Kiedy pogoda sprzyja...
2010-06-01 

  to wybieramy się na działkę. Ostatnio sporo czasu spędzamy na działce u moich rodziców. Atmosfera tego miejsca koi zmysły, i można się tam oderwać od zabieganej codzienności. Poza tym nasza pociecha nigdzie nie czuje się tak dobrze, jak właśnie na działce. Tradycyjnie już pomaga dziadkom, zapuszcza się w nieznane jej jeszcze tereny, poznaje kwiaty... Ma możliwość rozwijać swoja fantazję i obcować z naturą, a dla nas ważne, że może pooddychać świeżym powietrzem. Z Ani migdałami gorzej, i coraz trudniej jej się w nocy oddycha, do tego zaczęła ostatnio niewyraźnie mówić. Tak więc korzystamy z każdej możliwości, żeby dziecko na świeżym powietrzu było. Dziadkowie bardzo szczęśliwi, że Ania tak chętnie na działkę jeździ. Ale co tu dużo pisać, sami oceńcie :

 

 

   
 
  
  
 


Komentarzy: 14 (Komentarze)



Wyjątkowa wizyta w Radzyminie
2010-06-01 

 Oj było bardzo wyjątkowo podczas naszej ostatniej wizyty w Radzyminie, u mojego brata, bratowej i ich córeczek. A wyjątkowość ta to pierwsze spotkanie z najmłodszą iskierką w rodzinie- Marcelinką. Marcelinka juz niebawem skończy dwa miesiące i jest naprawdę uroczym i wyjątkowym dzieciaczkiem. A najlepsze jest to, że jak goście pojawili się w drzwiach, tak dziecko zamieniło się w istnego aniołka i ciocia Karolina mogła troszkę odpocząć. Ja malutką jestem maksymalnie oczarowana- taka iskiereczka cioci. Cały weekend spedzony w Radzyminie spędzony w świetnej atmosferze. Dziewczyny dały nam się trochę we znaki, ale co tam- najważniejsze, że po wszystkich wojnach , jakie ze soba stoczyły o zabawki, ślicznie zasnęły wspólnie w jednym łóżeczku. Generalnie kontakt mają ze soba rewelacyjny. A jak już zaczynają dokuczać... eh... długo by opowiadać. Rodzicielka na test wystawiona została, bo sobotni poranek spędziła na opiece nad trzema królewnami. Całe szczęście obyło się bez zbędnych stresów. A i słów kilka o tym, jak to Ania na nową siostrzyczkę cioteczną zareagowała- otóż CUDOWNIE. Troska, opiekuńczość, miłość- to wszystko widać było w każdym jej geście skierowanym do malutkiej. Było śpiewanie kołysanek, głaskanie po główce, bujanie w leżaczku. Anuszka wprost oczarowana Marcelinką. Te dwa dni minęły nam szybko, ale za to bardzo, ale to bardzo miło. Oby tak częściej.

Mała fotorelacja z Radzymina.

 Nasza Stokrotka
Przyjaciółki 
 Piotrek dzielnie karmi malutką
Wspólny sen 
 Wesołe minki
Na rowerku

 

Anię czeka zabieg!!
2010-05-16 

I wreszcie odkryliśmy co jest naszemu dziecku, dlaczego tak ciężko czasami oddycha, dlaczego cały czas mamy wrażenie jakby miała zawalone zatoki. Powód ani sińców i małej wagi ( tylko 12 kg). Od października borykamy się z nawracającymi przeziębieniami. Lekarze tyklo ręce rozkładali i kolejne leki chcieli dawać. Rodzice jednak do leków z wielka niechęcią podchodzą więc nie tak łatwo nas było przekonać, że naprawdę istnieje konieczność podania takiego leku. W czwartek wszystko się wyjaśniło. Wybraliśmy się prywatnie do laryngologa, a raczej dwóch laryngologów. Okazało się , że nasza córeczka ma przerośnięte wszystkie migdały do tego stopnia, że już teraz konieczna jest operacja, a raczej zabieg. Zmartwienie dla nas duże, bo to zabieg w pełnym znieczuleniu, a przecież Ania taka malutka. Ale najważniejsze jest jej zdrowie. Odpuszczenie tego tematu mogłoby doprowadzić do tego, o czym nawet nie chce pisać. Ania już teraz miewa bezdechy nocne. Przez nos nie oddycha prawie w ogóle. Teraz czekamy tylko na wyznaczenie terminu i zabieg. Mam nadzieję, że po tym wszystkim sytuacja się unormuje i dziecko wreszcie będzie mogło oddychać pełną piersią. Trzymajcie kciuki.


Komentarzy: 12 (Komentarze)



W ZOO
2010-05-16 

Od naszej wizyty we wrocławskim ZOO minął już tydzień, ale do tej pory mamy go w głowie. O tym wypadzie najlepiej pamięta chyba jednak Ania. Spędziliśmy tam ponad cztery godziny. A każda minuta wypełniona była nowymi wrażeniami. W ZOO byli z nami jeszcze ciocia Agnieszka z Piotrkiem. Jako pierwszy odwiedziliśmy dzieciniec, w którym część zwierzątek chodzi sobie wolno i dzieci mogą jej pogłaskać. Ania chętnie skorzystała z tej okazji zaprzyjaźniając się z jedną z owieczek. To pierwsze doświadczenie obudziło w Ani chęć jak najszybszego poznania każdego zakamarka wrocławskiego ogrodu zoologicznego. Były żyrafy, zebry, hipopotamy, słonie, lwy, strusie, emy, flamingi, małpy itd. Ania za każdym razem obserwowała zwierzęta z wielkim zachwytem i lekkim niedowierzaniem. A skąd to niedowierzanie. Myślę, że wynika to z tego, ze większość tych zwierząt jest Ani doskonale znana z książeczek i bajek i chyba nie zdawała sobie sprawy, że są one tak duże i tak kolorowe.  My też cieszylismy nasze oczy nie tylko zwierzętami, jak również tym, jak od ostatniej naszej wizyty ogród się zmienił, ile nowych ślicznych wybiegów powstało. Ale mnie zachwycały też cudne kwiaty które moglismy też tam zobaczyć.

Kiedy zapytamy Anię co widziała w ZOO, odpowie bez wahania: " żyrafe, zeble, slonia i hipopotama, i zrobil tak hop do wody, wiesz" i tu wielki usmiech. I o tym ZOO tak może bez wytchnienia rozmawiać. Właśnie dlatego warto było tam iść.
A niżej fotkowa relacja:

Wielka radość z tak bliskiego kontaktu...

obserwując żubry...

Wspólny spacer

Taka ciekawa rzeźba

Obserwując foki

Ten wózek też musiała wypróbować...

Odpoczynek

A to tak na zakończenie

Dla chetnych więcej zdjęć w galerii.


Komentarzy: 9 (Komentarze)



Wilkszyn i Wrocław weekendowo
2010-05-11 



 Ostatni weekend minął nam bardzo intensywnie- może nie z natłoku zajęć, ale z powodu aktywności naszej kochanej córci. W piatek pojechalismy do Wilkszyna koło Wrocławia. Tam mieszkają drudzy dziadkowie Ani. Wiadomo- w piątek nie działo się zbyt wiele, bo my i Ania mocno zmęczeni po podróży. Sobota zaczęła się wspólnym śniadaniem, po którym Ania i jej siostrzyczka cioteczka Agatka udały się od razu do ogródka za domem. Były zabawy w piasku, grabienie trawki, latanie, jazda na rowerku, generalnie wszystko co tylko dziecko może wymyslić. Niedaleko domu dziadków jest las i duża łąka. Postanowilismy więc z Piotrem, że tam też zabierzemy dziewczynki. Spacer jak najbardziej udany. Dziewczyny chodziły za rączkę, uciekały nam, zbierały kwiatki. Mogły też posiedzieć na drzewie, czy poobserwować naturę. Miło spędzony czas. Po powrocie do domu był szybki obiad i kolejne atrakcje- a na ten weekend mieliśmy zaplanowaną wizytę we wrocławskim ZOO. Jak każdy może przypuszczać wszystko zależało od pogody. Na szczęście ta dopisała i spędziliśmy w tym ZOO ponad cztery godziny. Dołączyli do nas Aga i Piotrek. Tak stwierdzam, że o tym co działo się w ZOO, będzie następna notka. A jest co opowiadać. Ania była wniebowzięta. Do domku wróciliśmy przed 21. Ania padła w samochodzie i pospała już do rana. Za to rodzice wybyli na spotkanie ze znajomymi na wrocławski Rynek, który jak zwykle zachwycił nas swoim wyjątkowym klimatem. W niedzielne przedpołudnie także spędziliśmy sporo czasu przed domem, obserwując dziewczynki. Dziadkowie- babcia Ewa i dziadek Janusz mogli wreszcie spędzić trochę czasu ze swoją drugą wnusią. I muszę przyznać, że Ania nieźle ich zaskoczyła tym, ile mówi, ile rzeczy potrafi zrobić, no i ile rozumie. Po godzinie 17 wyruszyliśmy w drogę powrotną do Kielc. Weekend spędzony miło i w miarę spokojnie. Te zmęczenie po podróży daje nam trochę w kość. A dziś dziadek Janusz ma operację oczu- trzymamy kciuki, żeby wszystko było ok. Wieczorkiem zamieszczę zdjęcia- a trochę ich będzie, po przez te trzy dni cyknęliśmy ich prawie 1000. Tak to jest jak matka w szał fotkowy wpada.
Na teraz to tyle. Buziaki

A tu wizyta w Wilkszynie w wersji fotkowej:
 


 


Komentarzy: 10 (Komentarze)



Co nam przyniesie kolejny dzień...
2010-05-06 
  
 
Notki jakiś czas nie było, a to wszystko przez moje chorowanie i totalny brak ochoty na cokolwiek. Matka nabawiła się ostrego zapalenia zatok i na antybiotyku wylądowała. Ot taka historia... A u nas kolejne dni przynosza nowe wieści- i te dobre i te, których byśmy się nie spodziewali. Póki co nie chcę pisać nic konkretnego, ale wierzcie mi na słowo, że wydarzenia ostatnich kilku dni spowodowały dużo zamieszania w naszym w miarę poukładanym życiu. Co mnie najbardziej cieszy to to, ze nasza rodzinka moze  na siebie liczyć w każdej sytuacji. A to najważniejsze.

Notka jedna była już przygotowana, no powiedzmy przygotowana. Spisane z ostatniego miesiąca dialogi naszej panny czekały na publikację, ale ja oczywiście nie mam tego przy sobie, więc za dużo nie skrobnę.

Ania bardzo nas zaskakuje tym jak pojmuje świat, jak chłonie wszystko, co dzieje się wokół niej. Potrafi pokazać swoje uczucia. Ma też niesamowitą pamięć do piosenek i wierszyków. Dosłownie niesamowitą. Zna ich już całkiem sporo. Ostatnio usłyszałam od cioć z przedszkola, że Ania jako jedyna z grupy dwu i trzylatków śpiewa piosenki po angielsku i jest w tym z dnia na dzień lepsza. Miód na serce coś takiego słyszeć.

O weekendzie majowym słów kilka. Ja do piątku z domu nie wychodziłam. Za to sobota i niedziela spędzone na działce w gronie rodzinnym. Jak zwykle bardzo miło spędzony czas. Było grillowanie i wspólne rozmowy. W sobotę przyjechała Wiktoria z Marcinem, więc moje kochane dziewczynki mogły się razem pobawić. I co z tego wynikło... Otóż po raz pierwszy nie było ani jednej kłótni, ani jednej bitwy o zabawki, piękna współpraca. Wiki chyba dorosła i nie wykorzystuje juz swojej przewagi siłowej nad Anią. Za to córka nasza patrzy na Wiki jak na obrazek i widzimy, że w wielu rzeczach chce ją naśladować. Do Kielc przyjechała też Aga. Ciocia zadbała o to, żeby dziewczyny się nie nudzily. Wymyślała zabawy, robiła babki z piasku, ganiała za piłką. Wspaniałe ma podejście do dzieci. Szkoda , że ciocia Karolina i Marcelinka nie mogły przyjechać. Ale mam nadzieję, że już niedługo poznamy najmłodszą członkinię naszej rodziny. A cioci Karolinie życzymy duzo zdrówka, bo bidulka tez swoje musi przejść.

A z ostatnich dialogów Ani ( te spisane poczekaja do następnej notki)

Siedzimy wczoraj sobie razem, rozmowy o wszystkim i o niczym. Nagle Ania mówi do mnie
A: Mamusiu córcia jest z ciebie dumna!
M: Co Niuniu powiedziałaś?
A: jestem z ciebie dumna!!
Aż mnie zatkało ze wzruszenia....

Dzis w samochodzie. Podróż do pracy.
A: Mamusiu , tatusiu kochajcie się!!
M iT: co Niuniu mamy robić?
A: Kochajcie się, razem, przytulamy się, dobrze?
M: Mama bardzo kocha anie i tatusia- wiesz?
A: Tak, kochamy się wszyscy razem.
Taka pogawędka o miłości.

Dziś rano. Szykuję Anię do przedszkola.
A: Mamusiu a gdzie mój tatuś? ( Piotrek poszedł do sklepu po pieczywo)
M: Tatuś poszedł do sklepu.
A: Aha. Tatuś poszedł do sklepu, i kupi mi obraz, taki malutki, Mona Lisę, prawda?
M: No tak kochanie, tata kupi ci obraz.
A na tę Mona Lise to chyba nigdy nie będzie mnie stać.

Zabawa kolejką. Któreś pochmurne popołudnie.
A: Rozłozymy kolejkę?
M: Tak. Przyniesiemy ja z pokoju- dobrze?
A: Tak. To ja pojdę.
Ania przyniosła kolejkę, która w tempie ekspresowym została rozłożona.
A: o jedzie pociąg, o tutaj przez mostek i tunel uuuhhuuu.

I dziecko radochę miało.

Jedziemy z dziadkami samochodem.
A: Dziadziuś ale trzymasz się, tak?
D: Ale za co perełko?
A: No dzidziuś trzymaj się barierki, dobze?
No i co dziadek miał zrobić- tylko łapać się tej barierki : )

Ania to mały zjadacz żelek. Uwielbia. Co prawda nie dostaje ich zbyt często i zbyt duż, to jednak miłość ta trwa. I tu rozmowa w tym temacie:
A: Mamo, a mogę jesce żelkę?
M: Niuniu już więcej nie będzie bolał cię brzuszek.
A: A czemu
M: Bo jak się zje dużo żelek to wtedy brzuszek jest smutny.
A: A dlaczego.
M: Bo to niezdrowe
A: no ale dlacego?
No i matka skapitulowała i nie pytajcie dlaczego.

To tyle z tego co pamiętam. Od jutra pewnie cisza w eterze, bo jedziemy do Wrocławia na weekend.  Do przeczytania wszystkim. 

 

Weekend- pierwsza wizyta u fryzjera.
2010-04-20 



Weekend za nami, w sumie to juz prawie środa, a ja o weekendzie słów kilka chce skrobnąć. Weekend wyjątkowy, choć spędzony tylko z dziadkiem Mariankiem. Piotrek pojechał na weekend do Wrocławia, a babcia Stasia cały tydzień spędziła w Radzyminie. A co my porabialiśmy? Jedną z najważniejszych rzeczy była pierwsza w życiu naszej małej panny wizyta u fryzjera. Powód- konieczne stało się obcięcie Ani grzywki. Bardzo długo nie chcieliśmy z Piotrkiem tego robić, ale niestety Ania pogniewała się na wszystkie gumki, opaski i spinki, a nam szkoda było marnować jej wzrok. Swoja droga uważam , że wygląda uroczo. A co do tej wizyty "na fryzurę"- jak to mówi Ania- dziecko było wyjątkowo spokojne. W Kielcach otworzyli pierwszy salon fryzjerski tylko dla dzieci. I tak Anuszka przesiedziała kilkanaście minut w samochodzie z melodyjką i oglądała baję. W tym czasie fryzjerka zrobiła, co miała zrobić. Ania nawet przez chwilkę się nie bała. Po fryzjerze pojechałyśmy na działkę, gdzie od rana był już dziadziuś Marian. Ania zachwycona tym miejscem jak zwykle. Pomagała dziadkowi siać nasionka, wybierać kamyki, była przejażdżka taczką i zabawy w piasku. Było tez uciekanie po całym sadzie i pomaganie mamusi w wiosennych porządkach. Nie obyło się bez podziwiania kwiatów. Ania od jakiegoś czasu boi się różnych robaków. W pewnej chwili przybiegła do mnie przejęta krzycząc: mamo widziałam tśmiela. No właśnie, bo dzieć nasz potrafi odróżnić pszczółkę od trzmiela. A kiedy dziadek zaproponował, by wyciągnąć namiot, co Ania wymyśliła. Dziadku, ale trzeba sprawdzić czy w namiocie nie ma robaczka. No i dziadek nie mógł zrobić nic innego, jak tylko dokładnie sprawdzić wnętrze namiotu. Pod wieczór wybrałyśmy się jeszcze do prababci Lodzi. Ta jak zwykle bardzo ucieszona z odwiedzin swojej prawnusi. Ania miała okazję popatrzeć jak zwykle na kurki, koguty, pieski, kotka i dwa byczki. Pech chciał, że kiedy byłyśmy w oborze, to akurat jeden z owych byczków załatwiał swoja potrzebę fizjologiczną. Nie wiedzieć czemu Ania bardzo się tym przejęła. I kiedy byłyśmy już w domu, to Ania nagle przebudziła się krzyczeć "Mamusi, bo byk lobił tupę" ( mamusiu bo byk robił kupę) że tez takie rzeczy potrafią dziecku zapaść w pamięć. W niedzielny poranek panna troszkę poszalała na balkonie, popodlewała kwiatki, nakarmiła ptaszki. Na obiad pojechałyśmy do dziadzia Marianka. Ania ucięła sobie tez tam drzemkę. Po jakimś czasie postanowiłyśmy wracać do domu, ale nie obyło się jeszcze bez wizyty na placu zabaw. Bardzo sympatyczny weekend. W niedzielny wieczór Piotrek wrócił z Wrocławia. Przywiózł Ani upominki od dziadków z Wrocławia i od cioci Magdy. Bardzo dziękujemy za wszystkie rzeczy. Ania szczęśliwa, że tata jest już z nami. Nadrabiamy stracony czas....

A poniżej fotorelacja z ostatniego weekendu:














Komentarzy: 17 (Komentarze)



Kwietniowo
2010-04-14 

 

 Dziś wspomnę o wspaniałych świętach wielkanocnych. A jest co wspominać, bo święta na swój sposób wyjątkowe. Spędziliśmy je w Kielcach. Pogoda dopisała. Tylko przy wielkanocnym stole zabrakło nam Marcina, Karoliny i Wiktorii. A powód już znacie. Karolina urodziła w ostatni piątek drugą córeczkę- Marcelinkę. Ryzykiem byłaby podróż do Kielc. Za to odwiedzili ich moi rodzice. I tym sposobem braciszek z rodzinką mogli poczuć choć trochę świąteczny klimat. Ania ze święconka w sobotę niestety nie mogła się udać, gdyż pojawiła się u niej gorączka. A szkoda, bo wiem, że sprawiłoby jej to wielką radość. Rodzice wrócili do nas w niedzielny poranek, tego dnia do Kielc przyjechała tez moja Sis z chłopakiem. Wspólnie zasiedliśmy do wielkanocnego śniadania. Czas minął nam wyjątkowo. Po śniadaniu udaliśmy się na długi spacer. Ania zachwycona, że ma koło siebie ciocię i wujka ( choć przyznam, że do wujka chwilkę musiała się przyzwyczaić) zabawy na placu zabaw, uciekanie, bieganie, huśtanie i co tylko… Az  końcu dziecko padło w wózku i pospało dobre dwie godzinki. My mogliśmy w tym czasie porozmawiać, spędzić wspólnie trochę czasu. Lany poniedziałek także spędzony u rodziców moich. Ale nie tylko. Po obiedzie udaliśmy się do Złotej Wody. Moja babcia a Anuszki prababcia obchodziła 6 kwietnia swoje 85 urodziny. Chcieliśmy jej złożyć więc najlepsze życzenia. U babci był mój kuzyn z żona i córeczką Julką. Ania bardzo ładnie bawią się z Julią. Po wizycie u babci obowiązkowe bytowanie na naszej ukochanej działce. Wreszcie chciałoby się rzec. Można wyjechać za miasto i cieszyć się z świeżego, wiejskiego powietrza. Ania miejsca do zabaw ma tam mnóstwo. A tak swoją drogą to dzieć już nie raz dopominał się o wyjazd na „działecte”. Tam piaskownica jest i kwiatki, i jej ulubione krzesła- foteliki. Dziecko wyraźnie zadowolone , że tak właśnie spędzało lany poniedziałek. Z wspomnień świątecznych to by było na tyle, choć wiem, że i tak o czymś pewnie zapomniałam. No cóż dopisze się najwyżej.

A tu relacja lekko fotkowa:












Komentarzy: 7 (Komentarze)



Smoleńsk 10.04.2010 roku
2010-04-14 

 Wydarzenia ostatnich dni przyniosły wielu z nas dużo smutku i spowodowały wszechobecną zadumę i żałobę. Jest to blog naszej córki i chcę by kiedyś czytając go wiedziała, ze 10 kwietnia 2010 roku Polacy ponieśli wielką stratę. Zginął Prezydent i wielu znamienitych intelektualistów. Na naszych oczach piszą się nowe karty historii, a ja osobiście mam nadzieję, że katastrofa polskiego samolotu prezydenckiego przyniesie ze sobą też coś dobrego. Mam nadzieję, że dwa tak bliskie, i jednocześnie tak dalekie narody jak Polska i Rosja wreszcie się pojednają i znajdą po wielu latach wspólny język.

 

Życie jednak toczy się dalej. Dni mijają jak zwykle, jakby nic się nie stało, a jednak w głębi duszy każdy przeżywa to na swój sposób.

 

Spoczywajcie w pokoju, a wasze rodziny niech znajdą ukojenie i spokój ducha, który tak bardzo jest im teraz potrzebny.


Komentarzy: 5 (Komentarze)



URODZIŁA SIĘ!!!
2010-04-09 

 Dziś na świat, dosłownie kilka chwil temu  przyszła druga siostrzyczka cioteczna Ani- Marcelinka. Malutka cy 3700 g i mierzy 54 cm. Jej rodzicom i siostrzyczce, czyli Marcinowi Karolinie i Wiktorii bardzo ale to bardzo gratulujemy. A Karolinie dodatkowo bijemy brawo, ze była taka dzielna. Wszystkiego dobrego z okazji pojawienia się na świecie Marcelinko. : )
Ania & Piotrek & Ania

 

Niedzielne spacerkowanie!
2010-03-23 




Jak wczoraj obiecałam, tak dzisiaj piszę. A bo moja pamięć to zawodna bywa, więc szybciutko odnotuje fakt naszego niedzielnego spacerowania.  Pierwszy dzień wiosny przywitał nas pięknymi promieniami słońca. Sobotnia noc minęła niestety naszej córci pod znakiem wymiotów i gorączki. Rano jednak wszystko wróciło do normy, więc o odpuszczeniu sobie spacerku nawet nie było mowy. Jako pierwszy za kierunek obraliśmy sobie pobliski plac zabaw. Szczęścia Ani na widok zjeżdżalni i tym podobnych sprzętów aż trudno opisać. Ile razy ona z tej zjeżdżalni zjechała- tego nie wiem, ale za to ja i Piotrek trochę sobie za dzieckiem pobiegaliśmy. Po jakimś czasie postanowiliśmy odwiedzić drugi plac zabaw. I tam oczywiście powtórka z rozrywki. Zjeżdżanie, bujanie, huśtanie, bieganie… wszystkiego po trochu. Dziecko energii nagromadziło taka ilość, że aż uwierzyć nie mogliśmy. Potem była chwila odpoczynku w wózku pod czas podróży do parku. A w parku czekało na dziecię znowu pełno atrakcji. Staw z kaczkami i łabędziami- atrakcja numer jeden. Tym razem potraktowany trochę po macoszemu, a to wszystko przez zapominalstwo rodziców. Bo po co do kaczek iść, kiedy chlebka do karmienia nie ma. Kolejna rzecz która zwróciła uwagę Ani to koń. Taki duży, prawdziwy. Dziecko najchętniej to by tego konia do domu zabrało. Ale i z oglądania niezła frajda była. Później nasze kroki skierowaliśmy ku ptaszarni. Ptaszarnia mała, ale zawsze to dziecko może poznać troszkę nowych okazów. A co tam było… Ano była pawia para. Cudne kolory, i ta gracja w każdym kroku. Było kilka rodzajów bażantów, kuropatwy i kurki ozdobne. Ania przy każdej klatce chwile spędziła, okazując swoimi gestami i słowami zachwyt. Spacerek trwał w najlepsze. Nie obyło się też bez odwiedzenia straganów z balonami i innymi kuszącymi dziecięcy wzrok zabawkami. Tym razem obyło się bez zbędnych zakupów. Dziecko jednak straganowe obwarzanki sobie zażyczyło. Po parkowym spacerku udaliśmy się w kierunku Placu Artystów. Można tam zawsze spotkać ciekawych ludzi. Jakieś wystawy obrazów itp. Ania sztuką także bardzo zainteresowana. Z daleka dziecko dojrzało też dzika z wielkimi kłami. No oczywiście nie takiego prawdziwego dzika, tylko rzeźbę. Bo jakby ktoś nie wiedział, to Kielce swą nazwę właśnie kłom dzika zawdzięczają. I znowu zaczęło się latanie, istne szaleństwo. Zbliżała się godzina
16, a dziecko o spaniu ani myślało. Kolejny kierunek naszej niedzielnej wyprawy to deptak na ul. Sienkiewicza. Miejsce ze swoim klimatem. Tym razem Ania już grzecznie w wózku siedziała. Postanowiliśmy, że obiadek zjemy sobie w dobrej jadłodajni. Szczególnie, że dziecko zmęczone było, a przed spaniem warto by było coś wrzucić na ząb. Postanowienie dobre- ale z wykonaniem już gorzej. Kiedy matka zamawiała jedzonko dla swej rodzinki, Ania w najlepsze usnęła na rękach u taty. My zjedliśmy, a dziecku porcję na wynos zabraliśmy. Po dotarciu do domu po ponad trzygodzinnym spacerze i Ania i my zasnęliśmy snem przyjemnym i błogim. I tak nam minęła niedziela i pierwszy dzień wiosny.

 

A z rzeczy , do których chcę jeszcze tak szybko wrócić, to wczoraj zapomniałam napisać, że oprócz Wiki, w marcu swe urodziny obchodziły tez ciocia Magda ( 14 maca) i babcia Ewa (20 marca) Jubilatkom składamy najserdeczniejsze życzenia.

 

To tyle na dziś. Już myślę o dzisiejszym popołudniu, bo jeśli pogoda dopisze to wybierzemy się na wspólny spacer do parku, a Ania poszaleje sobie na rowerku. Miłego popołudnia wszystkim życzę i do przeczytania : ) :*:*


Komentarzy: 17 (Komentarze)



Wiosna za oknem- nadrabiamy zaległości.
2010-03-22 

 No to się narobiło. Redaktorka bloga strasznie się zaniedbała, i bardzo długo nic nie pisała. Blog lekką warstwą kurzu pokryty, więc nic innego zrobić się nie da, jak tylko pięknie tu posprzątać i napisać, co tam w Anuszkowym świecie słychać. A dzieje się sporo...
No i jeszcze na wstępie jedno chce powiedzieć- kochani przepraszam bardzo, że z odwiedzinami u was tak kiepsko, ale z notki wyczytacie dlaczego. 
Kilka ostatnich tygodni to był dla nas czas wyjazdów, odwiedzin, ale też wspólnego spędzania czasu w domu. Marzec zaczęłam delegacją i wyjazdem do Bydgoszczy. Kolejny tydzień bez moich najbliższych... Taka praca.. Dzięki temu jednak doceniam każdą wspólnie spędzoną chwilę. Po powrocie z Bydgoszczy odwiedziliśmy w Radzyminie brata z bratową i Wiktorią. Wika kończyła 13 marca 3 latka i z tej okazji chcemy jej złożyć najserdeczniejsze życzonka. Rośnij nam smyku zdrowo i bądź nadal tak pogodną dziewczynką.  Zabawa urodzinowa była bardzo udana. Dziewczynki ładnie się bawiły, choć jak zwykle nie obeszło się bez wojny o zabawki. Była to świetna okazja do wspólnych rozmów. Zebrali się na tym przyjęciu dziadkowie Anuszki i wiktori, rodzice Wiktorii- Marcin i Karolina, my z Anią i moja siostra z chłopakiem. Oj bardzo miło wspominamy te chwile. I już nie możemy doczekac się kolejnego wspólnego spotkania, które zapewne będzie już w większym gronie, bo ciocia Karolina lada dzień będzie rodziła.

W międzyczasie niestety porobiło się tak, że moja babcia , a Anuszkowa prababcia Leokadia trafiła do szpitala. Zmartwienie wielkie, ale niestety wiek ( a babcia w tym roku kończy 85 lat) robi swoje. Całe szczęście po tygodniu babcia wróciła do domku i póki co czuje się całkiem nieźle. Babciu kochana dużo zdrówka ci życzymy.

 

To tak z grubsza o wyjazdach i wydarzeniach marca. Teraz najważniejsze będzie , bo o Ani!!!

Dla ciekawych piszę , że nasza walka z pampersami w pełni zwycięska. Dziecko nawet na chwilę nie chce pampersa zakładać, wielką radość sprawia jej nasze wykrzykiwanie „hura”, kiedy to co ma wyladować , w nocniku, dokładnie tam ląduje. Dumna jest z siebie. Pampers na dłuższe spacery i na spanie tylko zakładany, tak dla bezpieczeństwa. Ale jak już cieplej będzie, to i nad tym popracujemy.

 

Gaduła z naszej panienki straszna- i przyznaję- to może mieć akurat po mamusi. Nadaje ile się da.

Siedzimy sobie w domku i taka oto rozmowa ma miejsce.

A: Mamusi chce opowiedziec ci bajkę.

M: A o czym kochanie?

A; o…… misiach!!!

M: No super. To opowiedz mamusi bajkę o misiach.

A: Dawno , dawno temu żył sobie miś. I….

No i na tym bajka się zakończyła. Zamiast misia czasami jest król, czasami księżniczka, albo lew. A inwencja twórcza bywa większa. Dziecko kilkuzdaniową bajkę opowiedzieć potrafi.

 

Dziś. Łazienka. Matka czesze pociechę, a tata zagaduje i pokazuje zabawkę.

A: To jest sksynia(skrzynia) ze stalbami. Tu jest lybka, tu butelka z piciem…

No tak jak butelka, to tylko z pisiem.

 

A: Mamo uniesiemy Zosię?

M: No pewnie. Wziełam szczotkę i czeszę ta Zosię. Dziecko przybiega ze spinkami.

A: Mamo tu maś śpinki do włosiów. Załozys Zosi.

No i innego wyjścia nie było tylko lalkę uczesać i pospinać jej włoski.

 

Bardzo często można u nas w domu usłyszeć:

A: Mama a gdzie jest mój kochany tatuś?, Tatuś posiedł do kuchni?, Tata śpi w dlugim pokoju itd.

 

Kiedy wsiadamy do auta jedno z pierwszych pytań to:

A: Jedziemy do babci Stasi i Maianka?

M: Teraz jedziemy do przedszkola, a po pracy może pojedziemy do babci i dziadka.

A: Ja chce do Stasi i Marianka.

 

Któregoś dnia siedzę sobie w sypialni u rodziców. Mama ma kochana odpoczywa , a obok niej nasza pociecha leży. Ja tak swoja mamę tule i tłumaczę Ani:

M: Niuniu twoja babcia, to moja mamusia. Na to Ania oburzona

A: Nie to moja mamusia babcia. Babci aż świeczki w oczach stanęły.

 

Dziecko w dziadkach po uszy zakochane , nie ma problemu ze zostawaniem, czy to na godzinę, czy na dłużej. Ostatnio pozwalamy sobie nawet Anię na noc do dziadków podrzucić. A kiedy po nia przychodzimy, ta wcale do wyjścia się nie garnie. Poza tym dziecko widoczny talent do tańca posiada. Gdy tylko widzi, że ktoś tańczy, zaraz sama zaczyna podrygiwać. Najbardziej uaktywnia się przy występach baletowych. Zaczyna wtedy jaskółki robić. Ale o tym już kiedy indziej. Jutro relacja z naszego niedzielnego spacerowania. Tymczasem buziaki śle i gratuluje tym, którzy dotarli do końca tej notki. Buziaki :*:*:*:*

 


Komentarzy: 8 (Komentarze)



Wizyta we Wrocławiu/ Bilans dwulatka
2010-03-02 

 Dziś notka dwa motywy przewodnie ma: pierwszy to nasza wizyta u dziadków we Wrocławiu, a drugi to dzisiejszy bilans dwulatka.
W piątek wyjechaliśmy wieczorem do Wrocławia. Droga minęła w miarę spokojnie. Ania całą podróż przespała. Do celu dotarliśmy późno, bo po pierwszej w nocy. W sobotę Ania spędziła trochę czasu z dziadkami, wyszła z mamą na spacerek. A spacerek można zaliczyć do udanych, bo świeciło słońce, było ciepło, a co dla Ani najważniejsze, to na dworze były kałuże, w których dziecko szalało namiętnie. Wczesnym popołudniem wybrałyśmy się z babcią Ewą i ciocią Agnieszką na zakupy. Babcia szalała po sklepach, a my wykorzystując czas mogłyśmy sobie większość czasu przespała, Ale jak tylko się obudziła, to ciocia Aga zabrała ją na karuzelę, później na konika. Ania za każdym razem jest wniebowzięta, kiedy ciocia pojawia się w pobliżu. Normalnie uwielbiają się nawzajem. Po zakupach wróciłyśmy do domku, wspólnie zjedliśmy obiad. Ania była już lekko zmęczona więc razem z Aga ją wykapałyśmy, obejrzałyśmy bajkę i poszłyśmy spać. A jak dziecko uspiało- ano wtuliła się w ciotkę i puścić nie chciała. Taka zakochana. W niedzielę do anuszkowych dziadków przyjechała Agatka. Agatka w niedzielę skończyła trzy latka. Był tort i pięknie zaśpiewane przez Anię sto lat. Dziewczyny pobawiły się razem. Tym razem obyło się bez wojny o zabawki. Najlepszą zabawą okazało się jednak chodzenie po schodach. Mnie czasami serce staje, bo schody śliskie i dośc strome. Całe szczęście nic się nie stało, a dziecko ładnie wołało, że chce po schodach chodzić. W niedzielę ruszyliśmy w drogę powrotną do Kielc. W planach było odwiedzenie naszej smykowej przyjaciółki
Mai. Tak się jednak złożyło, że Maja troszkę się rozchorowała, a i z naszym zdrówkiem nie tak wszystko ok było. Wizyta przełożona do następnej wizyty we Wrocławiu. A Mai duuuużo zdrówka życzymy. To by było tyle odnośnie wizyty we Wrocławiu.

Drugi wątek to bilans dwulatka. Trzeba było w końcu zrobić dziecku bilans, ale w naszym przypadku to nie taka prosta sprawa, bo Ania cały czas jakieś infekcje ma, a na bilansie dziecko powinno być zdrowe. Dziś mieliśmy jednak umówioną wizytę u lekarza w związku z robionym w zeszłym tygodniu wymazem z noska. Wymaz wyszedł czysty. To dobrze. Niestety katar Anię cały czas męczy, a nas doprowadza do granic wytrzymałości. Niewykluczone , że jest to katarek alergiczny. Zobaczymy. Wracając do bilansu:
Ania waży niecałe 11,2 kg
mierzy ok 87 cm.
rozwój dziecka określony na prawidłowy, ząbki ok.
Pani doktor powiedziała tylko, że Ania za mało wazy na swój wzrost. To dziwne, bo Ania ładnie je, zdarzają się dni kiedy apetyt jej nie dopisuje, ale my dziecka na siłę karmić nie będziemy. Tak więc bilans Anuszki jak widać na plus.

No i muszę wspomnieć o jeszcze jednej bardzo istotnej sprawie. Odpampersowienie na dobrej drodze. Dziecko w ciągu dnia nie chodzi w ogóle w pieluszce. Woła kiedy chce siku. Zdarzają się jeszcze małe wpadki, ale wybaczamy to naszej perełce. Nie sądziłam, że jest to możliwe, żeby w ciągu tygodnia załapało o co chodzi z siusianiem. Pampers ląduje na pupie na noc, choć często zdejmujemy go suchego. Duma nas rozpiera.

No i jeszcze coś z serii Ania powiedziała:

wracamy autkiem z przedszkola. Ania siedzi z tyłu w swoim foteliku i oglada książeczkę, nagle pyta:
- mamusiu, co to moze być, no co to może być?!
nam szczęki opadły, skąd ona takie pytania umie budować, powiem tak: no skąd? : )

Ania siedzi z tatą na pietrzę u dziadków w domu, matka krzata się po kuchni, po jakims czasie zaglądam do nich i słyszę:
- mamo0 wróciłaś!!
nic dodac nic ująć

wracamy z Wrocławia, żeby dziecko zająć spiewamy różne piosenki, dziecko samo tez propozycje wyzsuwa, i tak spiewa panie janie sama. zaśpiewała i tak rzekła:
- teraz wszyscy razem
rób co chcesz, spiewać trzeba

Ania ogląda bajkę, idzie gdzie, coś ja nagle przestraszy i co mówi:
mama/tato boje się strasznie!

I takich wymieniać tekstów mozna tysiące, dziecko rozgadało się na amen. Do tego łobuz straszny, niepokorna i czasami złośliwa. Ale zarazem kochana i czuła. Tak to jest mieć w domu dwulatkę.


Buziaczki przesyłamy. Trzymajcie się cieplutko :*:*:*:*
A poniżej kilka fotek z jednego z ostatnich spacerków i malowania farbkami:
 

 

 

 





 
Małe- wielkie zmiany!!
2010-02-25 



Dni mijają nawet nie wiem kiedy. Ostatnio czasu brakuje nam na wszystko. Nie wiem czy to nasza organizacja, czy faktycznie nawał różnych spraw sprawia, że nawet człowiek sobie pospać nie może.  Ale nie o tym dzisiaj ma być. Bo na dziś matka dwa newsy przygotowała.  A co to za wiadomości, już wyjaśniam.
Jak kiedyś pisałam, staraliśmy się Anie przekonac do porzucenia pieluszki. Niestety rezultaty mizerne były. I co tu robić. Mysleliśmy ze zastanie nas wiosna albo i lato. A tu taka niespodzianka. Postanowiliśmy z Piotrkiem poprosić panie przedszkolanki o to, żeby Ania chodziła w majteczkach w przedszkolu. Plan był taki- jeśli Ania przekona się do nocniczka i zacznie lądować tam to, co powinno, to super, jeśli nie to trudno- widocznie to jeszcze nie ten moment. I jak się potoczyły sprawy. Ania juz pierwszego dnia załatwiała wszystkie swoje sprawy do nocnika. Jaka byłam dumna odbierając córkę z przedszkola. Wiem, że to duża zasługo przedszkolnych cioć, które potrafią dziecko pzekonać. W weekend przekonamy się, czy w domu Ania tez chetnie będzie załatwiała się na nocnik. Trzymajcie za nią kciuki. Obyśmy mogli niebawem pożegnać pieluszki na dobre.

Druga sprawa to to, że dziecko od dwóch tygodni śpi samo w duzym łózku, w sobotę łóżeczko zostało rozmontowane. Trochę tak dziwnie się czuliśmy, bo to świadczy tylko o tym, że Ania rośnie i dorośleje. Ale taka kolej rzeczy. Nas cieszą jej i te małe i te duże sukcesy. Póki co obywa się w zasadzie bez pzychodzenia do rodziców, bez płaczu w nocy. Oby tak dalej.

Poza tym u nas znowu chorobowo- eh kiedy to się wreszcie skończy. Mieliśmy w tym tygodniu bilans dwulatka zrobić, ale dziecko ma kipkę do pasa, a od kataru kaszel. U lekarza byliśmy i kazał zrobić wymaz z noska. W poniedziałek lub wtorek będą wyniki. No i nawiązując do samodzielnego spania- zdarza się , że ja lub Piotrek lądujemy nad ranem u Ani, bo tak ją kaszelek męczy. Życzcie nam zdrowia.

Z serii Ania mówi:
Notorycznie w soboty i niedziele taki obrazek w naszym domu ma miejsce:
- mama stawaj! pobudka,pobudka, stawaj!!
- jeszcze chwilkę
- mama nie śpij! pobudka!
- a co chcesz Niuniu
- mlećko!
No jak mus to mus- wstać trzeba

Sprzątanie mieszkania w sobotnie przedpołudnie. Mama do Ani:
- Anuniu zanies swoją spódniczkę do pokoju.
dziecko wzięło grzecznie spódniczkę, zaniosło i tak mówi do mamy
- mamo zaniośłam do pokoju, na łózku połoziłam wiesz?!
- ślicznie kochanie, dziękuję
- zaniosłam, wiesz!!
No to matka sobie zapamięta.

Pojawiają się tez taki stwierdzenia:
- tata/ mama idź sobie
- namiętnie mówi kocham cię
- są tez magiczne słowa proszę i dziękuję

A w weekend to Ania rozbawiła nie tylko mnie i Piotrka, ale i swoich dziadków.
Siedzimy sobie u moich rodziców, ale czas nadchodzi, żeby wracać do siebie do domu. Tak więc mówię do Ani
- Ania zakładamy buciki i idziemy do domu, ok?
- Nie chce!
-Ale do domku idziemy!
- a po co?
- zostajesz u babci i dziadka?
- tat
- a idziesz z nami do domku
-nie
- zostajesz sama, a mama z tatusiem sobie idą, tak?
- tat
I wszystko jasne. Dziecko bardzo nie lubi od dziadków wychodzić. Z dziadkiem takie zabawy są. a babcia zawsze swojego łóżka uzyczy.
Na dziś to tyle. Jutro ruszamy do Wrocławia. Więc pewnie w weekend pisać nie będę. Trzymajcie się cieplutko wszyscy czytacze. Buźki

A tu kilka fotek z ostatniego weekendu:

 
 \\
 








Komentarzy: 9 (Komentarze)



"Tocham Simona"
2010-02-19 

 No i stało się- pierwsza miłość naszego dziecka!!! Chłopiec o imieniu Szymon. Kolega z przedszkolnej grupy. Z miłości to Ania nawet go raz ugryzła. A miłość ta nie jest platoniczna, bo z opowiadań rodziców owego przystojniaka wiemy, że ich syn sporo czasu poświęca w domu na opowiadaniu o Anuszcze. I jak zapytasz Anię, czy chodzi z Szymonem za rękę, czy dają sobie buziaki- odpowiedź zawsze ta sama" "tat". No i rób co chcesz, a dziecko swoje wie. Strasznie to śmieszne, jak panna A. chodzi i opowiada, czego to ona nie robiła, a ile to się ze swym kompanem bawiła. Tak wiec póki co "Simon" jest number 1.

Kilka dni temu nogi aż się pod nami ugięły- z wrażenia oczywiści- , kiedy dziecko przyszło i oznajmiło nam, że " mam dzidziusia w bziuśku". No i ona czasem tego dzidziusia tam ma, a czasem nie. Podejrzewamy, że tak się Ani ciocia Karolina zapamiętała. Ciocia w kwietniu rodzi, więc brzuszek pokaźny już ma. No i kiedy ostatnio się widzieliśmy, to tłumaczyliśmy Ani, ze u cioci w brzuszku mieszka mały dzidziuś. Więc dziecko do siebie to wzięło.

A w następnej notce trochę o rozmowach z naszą  panna będzie. Tymczasem kończę i życzę wszystkim miłego weekendu. Buziaki :*:*:*


Komentarzy: 4 (Komentarze)



O tym jak rodzice w delegacje pojechali!!
2010-02-19 

 Pierwsze dwa tygodnie lutego i brak naszej obecności na smykach w głównej mierze spowodowany moimi i Piotrka wyjazdami służbowymi. U mnie sezon trwa w pracy, więc roboty nie ubywa. No i do tego te wyjazdy. ale cóż zrobic- taki zawód. W pierwszym tygodniu lutego Piotrek miał wyjazd do Berlina a ja do Mińska Mazowieckiego. No i dziecko nie  miałoby się gdzie podziać, gdyby nie moi kochani rodzice. Dziadkowie bardzo chętnie się Anuszką zajęli. Z opowiadań wiem,że spędzili kilka cudownych wspólnych dni. My pełni obaw, czy dziecko da radę, czy nie będzie smutne, rozkapryszone. A tu rzecz niesamowita- Ania ani razu nie płakała, chętnie wszystko jadła, słuchała się dziadków, bawiła się z nimi, grzecznie chodziła spać. Dziadek tez zadbał o atrakcje- wyciągnął mamine sanki z piwnicy- takie bez oparcia- i zabrał wnusie na dużą górkę. Dziecko pieknie sanek sie trzymałoi z działo. I tylko było słychać " dziadzia jeście laz".  Kiedy pojawił się płacz?- otóż wtedy, gdy matka wróciła i chciała dziecko do domu zabrać. Ot takie historie. I na nic tłumaczenia, że do domku jedziemy, że przyjedziemy jeszcze do babci i dziadka, ona " cie ziośtać" i już. Jakoś udało nam się ja przekonać. W nocy z piatku na sobotę wrócił Piotrek. Ania wyraźnie ucieszona, że oboje rodzice sa już przy niej.
Dla mnie tamten weekend niestety nie oznaczał błogiego zagubienia się w zabawach z Anią. Musiałam się szykować do kolejnego wyjazdu- tym razem do Bydgoszczy. I tak kolejny tydzień mój bez dziecka. Ania też świetnie sobie radziła, a mnierała od środka. Całe szczęście zyjemy w dobie internetu i mogłam sobie chociaz na nią popatrzeć. Minął tydzień od mojego powrotu, a dziecko cały czas chodzi po domu i sprawdza, czy mam nigdzie nie poszła, " mama choć, ułozimy puzielki, mama tocham Cie, mama psiplasiam" i tak cały czas. Nawet do toalety zajrzy, jak mama zniknie. Dziecko nie przepada za tymi moimi wyjazdami, ale cóż zrobić.
No i jeszcze zapomniałabym napisać, że przed tymi wyjazdami byliśmy na weekend w Radzyminie u mojego brata. Super spędzony czas, pomijając że matka jakąś jelitówkę złapała. Dziewczyny fajnie się bawiły. Były oczywiście wojny o zabawki. Ale nie ma co narzekać. Kumpelki z nich niezłe.
To na tyle w tej notce. Buziaki :*:*:*


Komentarzy: 3 (Komentarze)



Nadrabiamy zaległości- o występach na Dzień Babci i Dzień dziadka, bal w przedszkolu.
2010-02-19 

 Jak pisałam już wcześniej, jest kilka rzeczy o których wzmianka na naszym blogu powinna się znaleźć. A do takich rzeczy należą bez dwóch zdań Ani występ i pierwszy bal karnawałowy.

Nasza kochana pociecha wyraźnie przejawia zainteresowanie do śpiewania i mówienia wierszyków. A i taniec jej wielką pasją sięstaje. I tak te wszystkie umiejętności mogła wykorzystać 28 stycznia podczas występu z okazji dnia babci i dnia dziadka. Dzieciaczki przygotowały występ na którym nie zabrakło piosenek i wierszyków. Był też wspólny taniec. Wszyscy zgromadzeni goście byli zachwyceni. Dzieciaki bardzo się starały, żeby to wszystko wyszło jak najlepiej. Oczywiście my rodzice nie mogliśmy opuścić takiego wydarzenia, a i babcia Stasia się pojawiła. Niestety dziadek Marian był w delegacji, no a dziadkowie z Wrocławia troszkę daleko, by do nas zajrzeć. Ania wyraźnie zadowolona z tych występów. Pięknie tańczyła. W każdym jej ruchu widać, że ma poczucie rytmu. Może troche zasługa to zajęć z rytmiki, i oglądania bajki o małych Einsteinach, gdzie muzyka, rytm, śpiew i taniec przewodzą. W kazdym razie występ naszej Niuni do udanych nalezy zaliczyć.

Druga sprawa to bal karnawałowy w przedszkolu, który to tez odbył się w styczniu, a raczej w końcówce tego miesiąca. Ania ubrana w piękna balowa suknię, z koroną na głowie i magiczną różdżką w ręce ruszyła na bal. Było mnóstwo śmiechu. Panie przedszkolanki też poprzebierane: to za Chinkę, to za cygankę, to znowu za czarownicę. Dzieci też wyglądały bajkowo. Wstępnie zabawa miała trwać kilka godzin, ale dzieciakom tak sie spodobało, że bal, tańce trwały przez cały dzień. Podczas balu był fotograf, który robił dzieciakom zdjęcia. No i nam sie dostało kilka. Jak będę miała kiedy, to zeskanuję i wrzucę na bloga. To by było na tyle o imprezowych sprawach. Miłego dnia i buziaki.


Komentarzy: 3 (Komentarze)



Jak to Ania obchodziła swoje drugie urodzinki!!!
2010-02-15 

Mamy juz połowę lutego a u nas pusto. Niestety sprawy zawodowe przybrały taki bieg, że na smykowanie nie było szans. O tym będzie w kolejnej notce. Teraz ważniejsze tematy na tapecie. A jest ich kilka: po pierwsze urodzinkowe imprezy Anuszki, po drugie występ z okazji dnia babci i dnia dziadka,a po trzecie to bal karnawałowy. Ale żeby nie mieszać to najpierw o urodzinkach Ani.

Jak juz kiedys wspominałam Ania dość długo celebrowała swoje urodzinki, bo aż trzy dni. A powód ku temu prosty: w sobote 23 stycznia rodzice wyprawili w domu urodzinki, w niedzielę świetowalismy ten właściwy dzień, natomiast poniedziałek to juz urodzinkowe party w przedszkolu. Tak więc dziecko wybawiło się za wszystkie czasy.

Urodzinkowe przyjecie w gronie najbliższych odbyło się w sobote. Lista gości długa, choć to tak naprawdę najbliższa rodzinka. Na tę okazję zajrzeli do nas: babcia Stasia, dziadek Marian, ciocia Karolina, wujek Marcin, Wiktoria, ciocia MAgda, wujek Tomek i Agatka. No i my domownicy oczywiście. Zabawa była super. Dziewczyny roznosiły dom w takim tempie, że trudno opisać. Mieliśmy okazję się przekonac co potrafi jedna dwulatka i dwie trzylatki. Szok. Był oczywiscie pyszny tort malinowy przygotowany przez bacię Stasię. Ania zachwycona dmuchaniem świeczki. A do tego tort wniósł dziadziuś Marianek z korona na głowie. Ania dumnie zdmuchnęła świeczkę. Był odpakowywanie prezentów i ich wypróbowywanie. Najbardziej przypadło dziewczynom rysowanie na ślicznej tablicy. Wieczór nastał, goście powoli nas opuszczali. Zostali u nas tylko ciocia Magda, wujek Tomek i Agatka, którzy przyjechali do nas z Wrocławia. Ania tak tym wszystkim się przejeła , że usnęła dopiero przed północą. No ale w sumie to tylko raz kończy się dwa latka.




 
 

W niedzielę było oczywiscie śpiewania "sto lat" małej jubilatce. Wybralismy się także do bawialni. Ania wyraźnie zadowolona tym swiętowaniem. Po wyjeżdzie naszych gości moglismy nacieszyć się nasza radosna dwulatką i wycałowac ją za to tylko, że jest, że uszczęśliwiła nas tak bardzo.






W poniedziałek w przedszkolu Ania miała także zorganizowane małe party. Był tort i ponowne dmuchanie świeczek. Były życzenia od kolegów i koleżanek, były tańce i zabawy. Było śpiewanie, było objadanie się tortem. Zabawa przednia. Panna wyraźnie ucieszona takim obrotem spraw. Koledzy i koleżanki przygotowali dla Ani wyjatkową laurkę. Za to wszystko pragnę podziękowac pani Ewelinie i pani MAgdzie- opiekunkom Anuszkowej grupy. A za tort dziekuje właścicielom przedszkola, bo to oni o to zadbali.

 
 
 


 

Przyjęcie urodzinowe wspominamy z radością i wzruszeniem. Ania dwulatka- to brzmi dumnie....

A wszystkim co pamietali o naszej jubilatce szczerze dziekuję : )

 

Urodzinki Majki M.
2010-01-30 

Dziś swe święto ma ktos wyjatkowy w smykowym świecie, pierwsza nasza znajoma, z którą mamy okazję się znać już niespełna dwa lata. Ta radosna dziewczynka to Maja. Maja dziś obchodzi swe drugie urodzinki... W tym miejscu chcemy Ci kochanie złożyć najserdeczniejsze życzenia, miłości i zdrowia, radości i mnóstwa dziecięcych marzeń. Bądź pociechą dla swoich rodziców. I niech ta iskierka, ten błysk i ta radość bijaca z twoich oczek nigdy nie zniknie. Mocno całujemy
Smykowa ciocia Ania, wujek Piotrek i mała Ania.


Komentarzy: 3 (Komentarze)



Dwa latka naszej perełk!!!i
2010-01-24 



Dziś swe święto ma, nie kto inny, tylko Ona.

Dokładnie dwa lata temu usłyszeliśmy jej pierwszy krzyk, zobaczyliśmy dziecko, które jest owocem naszej miłości. Zobaczyliśmy kogoś, kto zmienił nasz świat całkowicie, i stał się kimś najważniejszym, dla kogo warto żyć, warto walczyć o marzenia. Ktoś, kto nadaje sens wszystkiemu co robimy. Tym kimś jest Ania- nasza córeczka.

Kochana kruszynko w dniu Twojego święta chcemy złożyć Ci najlepsze życzenia. Rośnij zdrowo, i niech twoje marzenia się spełniają. Ciesz się każdym dniem. Niech twoje dzieciństwo będzie pełne radości. I pamiętaj, że my rodzice kochamy Cię najbardziej, najmocniej na świecie i postaramy sie sprawić bys zawsze była szczęśliwa i uśmiechnięta. Jesteś naszą iskierką, która wypełnia słońcem każdy dzień. I taka bądź juz zawsze.


P.S. Kochani dziękuje za wszystkie życzonka. A szczególnie dziękuję naszym dwóm kochanym rodzinkom za pamięć o naszej Niuni i o specjalnej notce. Dziewczyny jesteście kochane . A od Ani moc buziuaków :*:*:*:*


Komentarzy: 18 (Komentarze)



Dzień dziadka!!!
2010-01-22 

Dziś pragniemy dla odmiany złożyć życzenia wszystkim dziadkom, bo to ich święto dziś mamy!!! Pragniemy wam życzyć jak najwięcej zdrowia i radości a jak najmniej trosk. Niech usmiech nigdy nie znika z waszych twarzy. Życzymy mnóstwa pomysłów do zabaw z waszymi wnuczkami i wnukami. Najlepsze życzenia slemy szczególnie anuszkowym dziadkom: dziadkowi Mariankowi, dziadkowi Januszowi i pradziadkowi Tomkowi.


Komentarzy: 0 (Komentarze)



Dzień babci!!!
2010-01-21 

Dziś ten wyjatkowy dzień dla wszystkich babć!!! Swe święto obchodza te wyjatkowe i jak dla mnie najcieplejsze osoby na świecie. W związku z tym chcemy zyczyć wszystkim babciom spełnienia  marzeń, zdrowia i pomyślności, niech radość zawsze wam towarzyszy. Szczególne zyczenia dla Anuszkowych babć i prababć: babci Stasi, babci Ewy, prababci Lodzi i prababci Oli. Ślemy Wam gorące buziaczki :*:*:*


Komentarzy: 0 (Komentarze)



A przed nami zamieszania czas...
2010-01-18 

Tak tak tak kochani, u nas gorący okres sie zaczyna. A to za sprawa kilku wydarzeń, które niebawem będa miały miejsce. Zacznę od poczatku.

Już niedługo dzień babci i dzień dziadka i jak w wiekszości przedszkoli, tak i u nas, dzieciaki szykuja przedstawienie dla tych wyjatkowych osób. To przedstawienie co prawda nie w tym tygodniu, a 28 stycznia. Dziadkowie juz zaproszeni, przynajmniej ci kieleccy. Wrocławscy dziadkowie Anuszki pewnie dowiedza się dziś popołudniu. My już czekamy z niecierpliwością na to , co szykuja maluchy.

Drugie wydarzenie to bal karnawałowy. Już w ten piatek Ania będzie na swoim pierwszym balu. No i matka ma problem , w co dziecko ubrać, jakie przebranie wymyśleć. Może jakieś pomysły macie... Cieszę sie, że Anuszka może brac udział w tym wszystkim. Pewnie jakbyśmy dalej siedziały razem w domu, to mała nie mogłaby tego wszystkiego poznac. Naprawdę bardzi się cieszę, że to wszystko tak się potoczyło.

Centralnym wydarzeniem najbliższych dni są jednak 2 urodzinki Ani. Nasza córcia juz w niedzielę zmieni 1 na 2. Jak dumnie brzmi dwulatka. Szok. Czas leci nawet nie wiem kiedy. Dziecko rosnie i sie rozwija. Ostatnio cały czas chodzi i powtarza nam, że nas kocha. Cudowne dziecko. A co do urodzinek, to w sobotę już będziemy świętować . Będzie kilku gości. Z Radzymina przyjeżdża Marcin, Karolina i Wiktoria.Z Wrocławia przyjeżdza Magda i Agatka, no i może jeszcze Tomek. Do tego będa oczywiście dzidkowie kieleccy, prababcia Leokadia, i może prababcia Ola i pradziadek Tomek. Szkoda, że zabraknie cioci Agi i Piotrka. Ale cóż sesja egzaminacyjna niestety rządzi się swoimi prawami. Niedziela to dzień wyjatkowy, bo włśnie wtedy miną dokładnie dwa lata od jej pierwszego krzyku. Co będziemy robić, tego jeszcze dokładnie nie wiem. W poniedziałek Ania będzie miaął też swoje przyjęcie urodzinkowe w przedszkolu. Będzie tort i wspólne świętowanie z kolegami i koleżankami. W tym roku jak widać Ani urodzinki aż trzy dni będą celebrowane.

Za to koniec stycznia i dwa pierwsze tygodnie lutego upłyną nam pod znakiem wyjazdów służbowych. Ja najpierw na tydzień do Mińska Mazowieckiego, później na tydzień do Bydgoszczy jadę. Piotrek za to najprawdopodobniej na trzy dni do Berlina pojedzie słuzbowo. W tym czasie anuszka oczywiście z dziadkami będzie. Mam nadzieję, że mała jakoś wytrwa i nie będzie bardzo tęskniła. Wiem, że zostawię ją pod dobrą opieką, najlepsza można rzec.

Tak więc wyjazdy wyjazdy i jeszcze raz wyjazdy. Do tego troszke występów i swietowania. Trzymajcie za nas kciuki. AS na dziś miłego dnia i całego tygodnia. Buziaki :*:*:*


Komentarzy: 28 (Komentarze)



Śpiewam, tańczę recytuję.../ Nocnikowa rewolucja!!
2010-01-15 

A tak sie jakoś nie moge zebrac do tej notki. Czemu- tego nie wiem. Generalnie jakies te dni ostatnio takie ospałe, moze to kwestia ciśnienia. Ale nie o tym ma być. Dzisiaj będzie o talentach Ani do śpiewania i zapamietywania piosenek. No to zaczynam.


 -" Sto lat"- Ania opanowała tę znaną przyspiewke do perfekcji w liczbie zwrotek dwie. spiewa kiedy wracamy z przedszkola, w domu, na dworze, wszędzie....

I tak w domu słychać: Śto lat, śto lat niech zije zije nam, jeście laz jeście laz niech zije zije nam, niech zije nam,
śto lat, sto lat, śto lat śto lat niechaj zije nam, niech zije nam całe śto lat, w zdlowiu, ścieściu, pomyśności niechaj zije nam"

 

-" Zima, zima"- nauczona przez mame, wręcz uwielbia

Zima zima zima, pada, pada śniet
A ja jade siat santami santi dźwonią dzonećkami dziń dziń dziń

-
czołówka "Małych Einsteinów"- wyspiewuje wiekszość słówchoć nie potrafi jeszcze sama połączyć tego w całośc, za to pieknie wtóruje swoim ulubionym bajkowym postaciom


-lulajże jezuniu- ulubiona kolęda naszej córci, pierwsza zwrotka opanowana znakomicie

-"ta Dorotka"- słowa znane i chętnie spiewane z rodzicami

-"AAA kotki dwa"- ta piosenka najchętniej spiewana Aniowym lalom.

-" hej biały walczyk"- a tego nauczona przez dziadka

-"stary niedźwiedź mocno spi"- słowa zna, ale zdarza się , ze zaśpiewa "stary mocno śpi" co nas na maksa rozśmiesza

-" mam husteczkę haftowaną’- pieknie spiuewa, powtarza prawie wszystkie słowa, i do tego tańczy z jakąkolwiek husteczką
-"halo dziadku" bebe lily- bardzo lubi podśpiewywać, choć tempo troszkę dla niej za duże

-" pszczółka Maja"- kawałek pierwszej zwrotki i refren, choc ta piosenka musi poczekac jeszcze troszkę, żeby mozna było powiedzieć, że ania ja spiewa

 

-pada snieg- lubi i czesto sama sobie spiewa

- ida sobie kurki trzy

- na zielonej łące

Może to wydac się niektórym niemożliwe , że dziecko tyle piosenek zna, ale ja przyznam, że i nas to zaskakuje. Panie w przedszkolu tez nie mogą uwierzyć. Juz kilka razy słyszałam od nich, ze Ania w mig chwyta rymowanki, wierszyki i piosenki. Niektóre trzylatki mają problem, a ona juz umie. Choć z drugiej strony to my słyszymy to na własne uszy. Widocznie taki talent dziecko posiada i już.

A z wierszyków, które potrafi powiedzieć w całości lub części wymienie tylko tytuły:
"w pokoiku na stoliku"
"siała baba mak"
"chodzi lisek koło drogi"
"poszła ola do przedszkola"
A wczoraj uczyła się wierszyka na dzien babci. Nie wiem dokładnie jakiego, więc nawet nie mogę sprawdzić, czy faktycznie się go nauczyła, ale zawsze.

I ostatni news na koniec. To w kestii drugiej części tematu notki. W środe bylismy u rodziców mych na obiedzie. No i Ania szalała, zajadała piła etc. W końcu mówi do mnie, że chce siusiu. No to pomogłam jej sie rozebrać. My zajęlismy się rozmowa a Ania nagle mów" Mamo śkońciłam". Ja niewiele myślac zaczęłam ją ubierać, bo z reguły to tak siada i wstaje siada i wstaje i nic z tego nie ma. Tym razem jednak dziecko mówiło prawdę,a nocniczek zawierał pewną zawrtośc którą Ania nazywa "fufa" lub "pupa". I tak dzieć nasz pierwszy raz zupełnie samodzielnie kupke na nocniczek zrobił.

To na tyle w dniu dzisiejszym. Wszystkim życzę miłego i udanego weekendu. Buziaki :*:*:*:*


Komentarzy: 17 (Komentarze)



O wszystkim...
2010-01-12 

No i wreszcie jakaś notka nie świateczna, nie urodzinowa, ot taka zwyczajna.... A o czym będzie? O kilku pasjach panny Anny, o stanie zdrowia, no i o pogaduszkach, jakie nam nasza córcia serwuje co dnia.

Zacznę może od tego, jak tam sobie radzimy w kwestiach drówka. Otóż panna Anna prawie zdrowa, pisze prawie, bo jakies resztki kataru pozostały. Antybiotyk zadziałał i na dzień dzisiejszy nie żałuję, że jednak go podalismy. Za to matka walczy z zapaleniem spojówek i powrotem zapalenia gardła. Jak to sie mówi, jak nie jedno to drugie chore. Oj chciałabym, żeby juz wszystko wróciło do normy, żeby wreszcie móc oddychac pełną piersia i cieszyć się urokami zimy. Tata Anuszkowy na całe szczęście zdrowy i póki co nie widać oznak by w tej kwestii miało się coś zmienić.

A co do pasji Ani to trzeba tu napisać o kilku rzeczach. Po pierwsze.... puzzle. Nie wiem czy pisałam już coś w tym temacie, ale dziecko nasze jest dosłownie maniakiem układania "puzieltów". I nie mam na mysli tu układanek 4 czy 6- elementowych. Ania potrafi sobie w bardzo krótkim czasie poradzić z puzzlami 15 elementowymi. Kiedy zasiada do swojego układania to mamy wrażenie, że ona zna każdy puzzel na pamięć. Jednak Panie w przedszkolu mówią, że to niemozliwe. W każdym razie cieszy nas takie właśnie zainteresowanie naszej pociechy, bo rozwija myślenie a przede wszystkim sparawia jej ogromną radość. A to kilka fotek zrobionych podczas puzzelkowego szaleńśtwa:





Kolejna sprawa  to ulubiona bajka Ani. A bajką sa " Mali Einsteini". Jesli ktoś nie zna tej bajki to naprawdę polecam przekobnac się, jaka jest. Dla nas rodziców najważniejsze rzeczy, na których opiera się ta bajka, to to,ze wykorzystuje ona muzykę klasyczną, dzieła słynnych malarzy, rzeźbiarzy, uczy dzieci rytmu, tłumaczy co to jest tempo, a to wszystko okryte jest mądrą historią. Bajka jest interaktywna. Szkoda tylko, że tak mało odcinków mozna kupić na DVD. A jak Ania reaguje na tę właśnie bajkę. Kiedy tylko słyszy jej początek zaczyna tańczyć i śpiewać, kiedy trzeba wystukiwac rytm ona to robi, kiedy trzeba coś zatańczyć również. Narawdę widac, ze oglądanie właśnie tej bajki rozwija nasze dziecko,a nie jest tylko pustym gapieniem się w szklany ekran.

Ostatnio hitem jest także tańczenie do znanych niemalże wszystkim " kaczuszek". My ubaw mamy po pachy, dziecko popisuje się, kręci pupką, kiedy mama pokazuje jakieś ruchu rekami i ciałem, Ania chętnie powtarza. No i charakterystyczne ruchy dla kaczuszek też potrafi zrobic. Świetna zabawa.

Anuszka bardzo chętnie gotuje też na swojej kuchni posiłki dla lal i rodziców. Widać, że sprawy kuchenne tez moga byc interesujące. A ile ona się przy tym nagada. No szok normalnie....

A teraz o zamiłowaniach posiłkowych. Dziecko zakochało się w zupach mlecznych. Je z takim zapałem, że aż mi się wierzyć nie chce. Kiedyć łyżeczki kaszki nie mogłam jej wisnąć, a teraz pałaszuje mleczny smakołyk z takim zapałe. Poza tym ma niesamowitego smaka na gruszki, banany i mandarynki. Z chęcią poskubie też paprykę i spałaszuje jakiś mus owocowy. Poza tym je wszystko inne. Nie ma co narzekać.

Pogaduszki Panny Anny

Dziecko budzi sie po południowej drzemce i woła:
A: Mama
M: Co kochanie? Pospałaś sobie już?
Ania przytaknęła:
A: Nie ma stalpetet( skarpetek)
M: No nie ma
A: Spadły o tam, widziś?
M: A gdzie są?
A: Tam pod łóźko śpadły, widziś? Tsieba podnieść.
No to matka podniosła i założyła na nóżki dziecka.

Dziecko pozostawione u moich rodziców na piatkową noc chyba w ogóle za nami nie tęskniło. A skąd taki wniosek? Wchodzi matka i ojciec do dziadków. A dziecko na nasz widok mówi.
A: O NIE!!!!
No to się ania ucieszyła- co?

Ania siedzi przy stoliku i włącza muzyczke na swoim małym pianinku. Wstaje i zaczyna tańczyć.
A: Mama śtawaj!
M: A po co Aniu?
A: Mama śtawaj (wstawaj) i kęć (kręć) pupą.

A jak Ania domaga się swojej ulubionej bajki?
A: tata śtawaj.
T: A dlaczego tata ma wstać?
A: Tata puść Steinów (Einsteinów)
Tata nie ma co walczyć!

Matka załatwia srawy w pewnym biurze a Ania z tatusiem czekaja na korytarzu. Tata nalewa córce wody z automatu. Dziecko pije, po czym mówi
A: Tata napij się...

Matka walczy w kuchni z naczyniami. Ania przychodzi i mówi ze zdziwieniem
A: O mama myje nacinia!

Wczorajsze zasypianie. Tym razem Ania z mamą w pokoju. Powiedziałysmy razem pacierz i mama czeka aż dziecko głowę do poduszki przyłoży. Ale nie da rady tak szybko.
A: Ja cie tate.
M: No to zawołaj tatę, może przyjdzie.
A: Tata!!
M: głośniej, żeby cię usłyszał.
A: Niech mama ksici!
M: TATA!
A: tak zieby tata usisiał( tak, żeby tata usłyszał).
Tata przyszedł i powiedział, że musi do toaltey jeszcze pójść.
A: Tata psidzie.
M: A gdzie tata poszedł?
A: Na paciel. Psidzie niedługo.
M: A gdzie jest?
A: Niedaleko.
Po chwili dziecko wpatrzyło się w moje oczy i tak mówi:
A: Mama tocham tocham tocham.
I na tym zakończę dzisiejszą notkę, która jakaś taka długa mi wyszła. W domu fotki juz naszykowane do zamieszczenia, ale jeszcze poczekac musza do wieczora. Buziaki :*:*:*


Komentarzy: 40 (Komentarze)



Urodzinki Anuszkowego Taty!!!
2010-01-07 




Dzis dzień szczególny w naszym domku jest, bo swoje urodzinki obchodzi dla nas ktoś bardzo ważny, ktoś przez nas kochany. A tym kimś jest Anuszkowy Tata Piotrek!!! Kochanie w dniu Twoich urodzin zyczę ci razem z Anią wszystkiego co najlepsze, zdrówka, szczęścia i spełnienia marzeń. Realizuj się nadal jako tata, mąż, spełniaj się i w życiu prywatnym i zawodowym. Wyznaczaj sobie kolejne cele i marzenie i staraj się, by one się spełniały. Dziękujemy Ci, że jesteś. kKochamy cię bardzo.


Komentarzy: 37 (Komentarze)



Jak witaliśmy Nowy 2010 rok!!!
2010-01-06 




Ta notka powinna zacząć się słowami, że zabawa była szampańska, podziwialismy wspólnie sztuczne ognie itd. Niestety w tym roku nasz sylwester nie był taki kolorowy i zabawowy. Pwód ku temu był, a jakże. Co się stało? Otóż panna Anna znowu postanowiła zafundować rodzicom infekcję. Już z środy na czwartek dziecko gorączkowało. W czwartek zawieźliśmy ja do moich rodziców zamiast do przedszkola. Kiedy ją odbieraliśmy dziecko znowu zaczęło gorączkować. I taki stan trwał do soboty. Wzrosty temperatury, podanie syropu na gorączkę, spadek temperatury. I tak w kółko. A jak mi było szkoda małej/ Kiedy lek działał Ania brykała, bawiła się. W sobotę niestey gorączka spadała na bardzo krótko dochodząc nawet do 39,5 stopnia. Wtedy stwierdzilismy, że nie ma co czekać i trzeba dziecko zabrać do lekarza. Zanim trafilismy do odpowiedniej dyżurującej przychodni jeździliśmy po całych kielcach. Ania na wizycie była bardzo grzeczna, zaspiewała nawet pani doktor piosenkę i powiedziała wierszyk. Okazało się, że dziecko ma bardzo brzydkie zapalenie gardła i bez antybiotyku się nie obędzie. Na samo słowo antybiotyk reaguje strachem i niechęcią, ale cóż zrobić- dziecka zdrowie ważniejsze. I tak wczoraj Ania przyjęłą ostatnia dawke antybiotyku. Poprawę widać zdecydowaną, katarek nie jest już zielony, tylko przejrzysty. Tatus z córką siedzą sobie w domu. Dziś kontrola- zobaczymy, co powie nasza lekarka.

A z rzeczy innych chce się pochwalić, że przed świętami podpisałam umowe o prace z firmą, w której byłam na stażu. Cieszę się bardzo z tego powodu, bo ide w kierunku , w którym zawsze chciałam. Oby wszystko szło tak jak do tej pory.

Co do wizyty kontrolnej, to dam znac wieczorkiem. Buziaki i trzymajcie sie.
PS. Postaram się zajrzec do wszystkich naszych smykowych znajomych i cos skrobnąć, o ile pozoli mi na to moje oko, w którym chyba mam jakies zapalenie i cholernie mnie boli.


Komentarzy: 21 (Komentarze)



Leśne spacery
2010-01-04 


Ta notka uboga będzie w tekst , za to nadrobię zdjęciami. Drugi dzień świat był bardzo ciepły jak na zimę, bez śniegu i z dużą iloscią słońca. Idealne warunki do spacerów. I tak udalismy się przed siebie obcować z natura w wydaniu wilkszyńskim. Sami oceńcie, czy takie widopki i sceneria Wam się podobaja.

 







 







Na koniec dodam tylko, ze w tych lasach zyje sporo saren , które udało nam się nawet zobaczyć. Teraz czekamy tylko na wiosne, zeby cieszyć się przyrodą na działce moich rodziców. a z zapowiedzi mojej mamy bedzie mnóstwo kwiatów, które swym zapachem będą koiły nasze zmysły, a kolorami i kształtami cieszyły dzieci.
Buziaczki dla wszystkich czytaczy.

  O świętach, co tak szybko minęły 2010-01-04 

Nowy rok mamy a ja napiszę notke o świetach, bo choć w teorii dużo czasu było, to my jakoś na komputer i blogowanie mielismy go niewiele. Ale od poczatku...

Święta Boęgo Narodzenia to dla mnie najpiekniejsze święta w roku, wypełnione rodzinnym ciepłem i tą wyjątkową atmosferą. Czekanie na pierwszą gwiazdkę umilały nam rozmowy i popisy Ani. Wieczerza wigilijna jak zwykle zapoczątkwana kilkoma słowami podsumowania mijającego roku i życzeniami na święta i nowy rok przez mojego tatę. Pyszne i pachnące dania cieszyły podniebienia wszystkich zgromadzonych- naprawde wyjątkowy czas. Po koloacji, a raczej w jej trakcie dziewczynki tj. Ania i Wiktoria rozpakowały prezenty, które spawiły im swoją drogą wielką radość. Po kolacji długo rozmawialismy. Wieczór wyjatkowy- tak inny od wszystkicgh w roku. Ja, Piotrek i Ania zostalismy na noc u dziadków, gdzie były też prababcia Leokadia i moja siostra. Mój brat Marcin, bratowa Karolina i Wiki udali się do babci Karoliny. Wszyscy spotkaliśmy się znowu w pierwszy dzień świąt. Dziewczynki wyjatkowo dobrze się dogadywały. Nie było już szarpania o każdą zabawkę. Często dawały sobie buziaki i chodziły za rączkę. Miło było patrzeć na te rodzącą się siostrzaną więź. Swoją droga niebawem bedziemy mieli kolejnego członka rodziny, bo ciocia Karolina i wujek Marcin spodziewają się drugiego dziecka. Maleństwo ma urodzić się w połowie kwietnia. Już nie mogę się doczekać.

 

 


 


W piewszy dzień siąt spakowaliśmy rzeczy i wyruszyliśmy w drogę do Wrocławia. Nie byliśmy tam trzy miesiące, co miało związek z przeprowadzką dziadków do nowego domku. Za to teraz mielismy zostać na cztery dni, więc był czas na wszystko. Droga minęła nam w miarę spokojnie. Dziecko całkiem grzeczne. Nie ma powodów do narzekania. Po przybyciu przywitały nas babcia Ewa i ciocia Magda. Ania trochę onieśmielona nie bardzo chciała się witać, ale powoli zaczęła przełamywać lody i po godzinie wszystko było ok. Dziecko oczarowane jak zwykle zwierzakami- psami  Lisą i Mią oraz kotką Mićką. W końcu sen zmorzył dziecko i nas też. Kolejny dzień rozpoczął się od wspólnego śniadania, po którym wyszłam z Anią na krótki spacer koło domu- a ponieważ teściowie mieszkają pod Wrocławiem-  to i miejsc do spacerowania sporo. Po spacerku był czas na zabawy ani i Agatki. Dziewczynki tez całkiem nieźle się dogadują. Po obiedzie wybralismy się znowu na spacer- tym razem z Piotrkiem. Pogoda sprzyjała właśnie takiemu spedzaniu czasu. Las wyjątkowo dobrze działa na Anuszkę a i my moglismy troche odpocząć od niejskiego zgiełku i wsłuchiwac się w odgłosy natury. Kolejne dni mijały dość szybko. Spotkania ze znajomymi, spędzania czasu z Ani dziadkami. Wszystkiego po trochu. Była tez wizyta u ukochanej cioci Agi- normalnie te dwie to świata poza sobą nie widzą. A mnie tak miło jest przygladac się jak moja najlepsza przyjaciółka i kochana siostra w jednej osobie tak świetnie dogaduje się z mym dzieckiem. We wtorek znowu spakowalismy rzeczy i wróciliśmy do Kielc. Podróż znośna. Bez większych problemów. Za to na horyzoncie pojawiła się niepewność co do stanu zdrowia naszego dziecka.... O tym w następnej notce.....