Wszelkie zdjęcia i teksty zamieszczone na tym blogu są objęte prawami autorskimi. Kopiowanie i rozpowszechnianie ich bez zgody autora jest ZABRONIONE!!!

niedziela, 29 grudnia 2013

Boże Narodzenie

Tegoroczne święta spędziliśmy jak zawsze częściowo na Kielecczyźnie , częściowo na Dolnym Śląsku. Ma to swoje plusy i minusy. Dzięki takiemu podziałowi możemy spotkać się z całą najbliższą rodziną, ale niestety po podróży przez pół Polski wracamy zwyczajnie zmęczeni fizycznie. Tegoroczne święta były odrobinę inne od poprzednich. Poza faktem oczywistym tj. pierwsze święta Oli i Poli, było kilka innych rzeczy, które za tym przemawiały. Po pierwsze Aga oczekiwała na swoją śliczną córeczkę. Maja postanowiła jednak zaczekać i urodziła się "dopiero" 28 grudnia. Po drugie moja babcia Ola nie mogłą z nami spędzać Wigilii z powodu chorej stopy (tzw. stopa cukrzycowa).

Ale teraz o samych świętach. Myślę, że mimo tego, że wkrada się na każdym kroku komercja w ten właśnie czas, to u mnie działa to na opak. Coraz częściej zastanawiam się, a raczej celebruję to, że mam z kim zasiąść do wigilijnej wieczerzy, że otaczają mnie bliscy ludzie. Cieszy mnie ten wspólny czas.

Dziewczynki były bardzo zadowolone- dosłownie. Ania najbardziej zadowolona chyba z prezentów, Ola i Pola z poświęcanej im uwagi i bujania babci Leokadii. My z wspólnie spędzonych chwil. Oby dane nam było za rok spotkać się co najmniej w takim samym gronie. Tego sobie i Wam życzę.






piątek, 20 grudnia 2013

Wizytowo- rodzinnie

Po narodzinach najmłodszych mieliśmy przyjemność gościć u siebie najbliższą rodzinę. Było więc wesoło i intensywnie. Mimo niedużego metrażu naszego M udało nam się całkiem nieźle zorganizować przestrzeń.

Jesienią byli u nas dziadkowie z Wrocławia- babcia Ewa i dziadek Janusz. Później w długi weekend listopadowy odwiedziła nas Sis Piotrka- Magda z mężem i Agatą. Były też u nas Wika i Marcelinka. Oczywiście wpadli też Marcin i Karola, Aga i Piotr no i moi rodzice.

Wniosek:
Lubię rodzinny czas, ale stwierdzam, że kupiliśmy za małe mieszkanie :)

Wika z Olą

Magda z Olą

Agata, Ania i Wika





poniedziałek, 16 grudnia 2013

Starsza siostra

Ania jako starsza siostra... jaka jest?

Zauroczona i zakochana od pierwszego wejrzenia...

To są pierwsze słowa, które przychodzą mi o głowy, kiedy przypominam sobie wyraz jej twarzy, gdy po raz pierwszy zobaczyła swoje małe siostry. Z niesamowitą delikatnością podeszła do nich- a leżały wtedy jeszcze na oddziale intensywnej opieki nad noworodkiem, nie mogła uwierzyć, że już są...

Kolejne wspomnienie...

Kiedy pozwolono jej wejść na salę, na której leżałam z dziewczynkami, była wzruszona. Mnie najbardziej w pamięci utknął jednak jeden obraz: dziewczynki leżały w szpitalnych łóżeczkach. Ania wzięła taboret, uklęknęła na nim i pochyliła się nad każdą z sióstr. Z jej ust wydobył się jakby szept "kocham cię i ciebie też kocham". Te słowa wypowiedziane tak delikatnie, tak jakby nikt poza siostrami miał ich nie usłyszeć. A wraz z tymi słowami można było zobaczyć miłość, której nikt nie narzuca, miłość, która może połączyć tylko siostry, miłość, która już do końca życia będzie kazała im trzymać się razem i wspierać w trudnych i dobrych chwilach. Bo siostra to najlepsza przyjaciółka.

Jak było do tej pory?

Kiedy dziewczynki były mniejsze, kiedy jeszcze nie poznawały twarzy Ania starała się zwracać swoim zachowaniem naszą uwagę. Myślę jednak, że całkiem nieźle weszła w rolę starszej siostry. Chciała uczestniczyć we wszystkich czynnościach związanych z opieką nad siostrami. Raz udało jej się nawet doprowadzić mnie do zawału serca. Wzięła około miesięczną Olę z łóżeczka i przeniosła ją sama do salonu.
Na początku nawet się nie zorientowaliśmy, ale Ola dała znać o swojej obecności. Małej nic się nie stało, Ania pękała z dumy, a my z przerażenia. Było, minęło. Sytuacja się nie powtórzyła. Teraz Panna A. za każdym razem pyta, czy może wziąć dzieciaczki na ręce.

Jak jest teraz?

Jest dobrze. Bardzo dobrze. Ania bardzo mi pomaga. Potrafi nakarmić butlą siostrzyczki, choć nie ma  do tego zbyt wielu okazji. Kiedy płaczą stara się je zabawiać. Wymyśla różne dzwięki, by sprowokować u nich uśmiech. Jest kochana i tyle...

Ja w głębi serca myślę o tym, czy kiedyś będą mogły do siebie powiedzieć, że są dla siebie najlepszymi przyjaciółkami.

Myślę, że to nasza rola, jako rodziców, by pomóc im w budowaniu tej wyjątkowej więzi.





czwartek, 5 grudnia 2013

Powrót do Radzymina

25 sierpnia wróciliśmy do Radzymina. Oj długo mnie tam nie było. W naszym M zaszło trochę zmian. Najważniejsze było jednak to, że pierwszy raz będziemy tam całą piątką. Trochę przerażał mnie fakt, że nie mogłam wszystkiego sama dopilnować, doczyścić, ułożyć po swojemu. Dwa miesiące... tyle czasu spędziłyśmy z Anią na wsi. Cudowny i ciężki czas. A w tym czasie zmieniło się tyle, że sam powrót nie był taki łatwy. Aby zebrać wszystkie nasze "graty", których przez wakacje trochę się zebrało musieli z nami się zabrać moi rodzice. Dzięki nim udało się wszystko sprawnie popakować i bezpiecznie dojechać. Na miejscu o wszystko zadbała moja kochana Sis ze szwagrem. Czekał na wszystkich pyszny obiadek. A mieszkanie lśniło.

Kilka dni zajął mi powrót do normalności, a raczej nauczenie się wszystkiego na nowo. 2 września Ania pomaszerowała do swojego przedszkola. Bycie w zerówce to nie przelewki. Zaczął się już dla niej okres prawdziwej edukacji. Myślę, że podoła mu bez trudu, bo to inteligentne i kochane dziecko.

Pola i Ola w nowym miejscu przyjęły się dość dobrze, choć początki były trochę niespokojne. Z każdym dniem jednak ich sen był spokojniejszy. Moje przerażenie i wiszące wciąż w powietrzu pytanie "czy dam radę?" powoli odpływały. Dziewczynki są kochane. Wszystkie trzy. Ale o tym pewnie w kolejnych postach.

PS. Zapomniałam napisać, że przed samym wyjazdem najmłodsze stokrotki zdążyły poznać swoje prababcie Lodzię i Olę. Myślę, że dla babć było to wielkie przeżycie. Do dnia dzisiejszego to za każdą naszą wizytą jest wielkie przeżycie. Babcie chętnie by maluszki pobawiły na rękach i wycałowały. A należy pamiętać , że obie mają po prawie 90 lat. Dziękuję Wam kochane za to.












środa, 4 grudnia 2013

Kilka słów podziękowania...

Blog pisany przeze mnie to i prywata będzie, a co!!!

Dziewięć miesięcy, długich miesięcy za nami. Są osoby, którym bardzo chcę za obecność w tym czasie podziękować. Bez ich wsparcia nie wiem jak dałabym radę. Na pewno byłoby ciężko. chodzi oczywiście o moich rodziców.
To Oni od początku mówili, że damy radę, że tak miało być, że na świat przyjdzie dwójka maluszków.

To Oni wspierali mnie na duchu przy każdym pobycie w szpitalu.

To Oni otoczyli troskliwą opieką Anuszkę, kiedy ja nie mogłam przy niej być.

Dzięki Wam ten czas był lepszy i wyjątkowy. Dzięki Wam wiele razy powstrzymałąm łzy.
Dodawaliście mi siły i robicie to nadal. Jeszcze raz dziękuję za wszystko.

Kocham WAS!



wtorek, 3 grudnia 2013

Pierwsze dni razem

Pierwsze dni były dla nas trudne. A to wszystko dlatego, że po pierwsze byłam po cesarce, a to nie ułatwia poruszania się. Generalnie wszystko człowieka boli. Po drugie dzieciaczki były w inkubatorach po stwierdzeniu nabytego zapalenia płuc. Płakałam po kryjomu bardzo, że nie mogę do nich iść, że one nie mogą przyjechać do mnie, że nie mogę ich przytulić, wycałować, obejrzeć, zwyczajnie być z nimi. Był to czas walki z własną słabości, bólem , psychicznym dołkiem z tego powodu. Nie byłabym jednak sobą, gdybym tej sytuacji nie zmieniła. Po niespełna dobie stałam już na nogach i "pędziłam" do malutkich. Były takie maleńkie i chudziutkie. Przynajmniej tak mi się wydawało. Dla kogoś, kto raz urodził dziecko o wadze 3600g zobaczenie dziewczynek o kilogram lżejszych wydawało się przerażające, choć one wyglądały na całkiem duże dzieciaki. Dość szybko wyszły z inubatorków, bo już w 3 dobie. Nie było konieczności dłuższej obserwacji oddechu. Ich stan był bardzo dobry więc zaczęłam je karmić piersią. Były też dokarmiane butelką, ale niespecjalnie mnie to dziwiło. Po pięciu dniach trafiłyśmy na oddział patologii noworodka, gdzie miałam kruszynki już ze sobą. Pierwsza noc nieprzespana. Panny budziły się na zmianę na karmienie. Ale zmęczenie schodziło na drugi plan, bo były. Mijały kolejne dni. Oleńka i Pola zaliczyły kilka sesji fototerapii w związku z nawracającą żółtaczką. Były bardzo dzielne. W sumie mniej płakały niż Ania,a może zwyczajnie ja szybciej potrafiłam je utulić. Dzięki wspaniałej opiece w szpitalu i pomocy położnych 17 sierpnia opuściłyśmy szpital.Mieliśmy jechać wszyscy razem, ale wystąpiły pewne komplikacje techniczne i w końcu ze szpitala odebrał nas dziadek Marianek. Dziewczynki bez problemu zniosły pierwszą podróż a w Złotej Wodzie zostały przywitany przez prawie całą rodzinę. Byli Anuszka,babcia Stasia i dziadek Marian, Aga z Piotrem.
I tak teraz możemy mówić o sobie rodzina 2+3.

Mama i Ola

Tata i Ola

Mama i Pola

Tata i Pola

Pola

Ola

Ania i Pola

O ciąży i jej szczęśliwym zakończeniu

W nadrabianiu zaległości nadszedł czas na kolejny WAŻNY temat- ciążę. Można by powiedzieć, że zleciało szybko, ale każda kobieta wie, że wcale to tak szybko nie leci.

Z bliźniaczkami tym bardziej ciąża mi się dłużyła. Nie mogę jednak narzekać na sampoczucie. W zasadzie tylko końcówka dała mi się we znaki. Powód jednak błahy- upały powyżej 30 st C. Krótkie podsumowanie: cztery wizyty w szpitalu : dwie dość krótkie i nieuciążliwe- obserwacja, dwie powazniejsze związane z wizytami na salach operacyjnych. Dzięki wyjątkowej opiece lekarza prowadzącego ( tego samego który prowadził moją pierwszą ciążę) wszystko przebiegło bez większych komplikacji. Ktoś może uznać mnie za wariatkę i osobę niepoważną, ale w zasadzie to samochodem jeździłam do ostatniego dnia przed trafieniem do szpitala. Ostatnie dwa pobyty w szpitalu to koniec lipca i początek sierpnia. Śmiałam się, bo istniało prawdopodobieństwo, że urodzę w dniu urodzin mojej kochanej Sis. Postanowiłam sobie, że nie będę sprawiała kłopotu lekarzomi i pielęgniarkom, że będę dzielna. Tak też było- ani razu nie krzyknęłam, nie uciekałam z ręką, nie drgnęłam przy robieniu znieczulenia. Wiem, że takie zachowanie nic by nie dało.

7 sierpnia 2013 roku rozpoczął się zupełnie nowy etap naszego życia- pojawiły się one.

O godzinie 8:46 urodziła się Pola. Waga 2750 g, długość 57 cm.
Dwie minuty później, o 8:48 na świat przyszła Ola. Waga 2650g, długość 52 cm.

W sekundzie, w której je zobaczyłam pierwszy raz moje serce urosło, i jak powtarzali mi moi rodzice- miłości do dzieci się nie dzieli, bo z każdym nowym dzieckiem ta miłość rośnie i mnoży się.

I tak rzeczywiście jest....

Jeszcze w wersji z dwójką pod sercem.



Pierwsze zdjęcie moich kochanych perełeczek :


Działka w wersji mikro....

Pisałam już wiele razy o tym jak bardzo urzeka mnie klimat działki moich kochanych rodziców. Nie będę już tego powtarzała. Nie zmienia to jednak faktu, że w ten grudniowy wieczór przy okazji uzupełniania bloga nie wrócę na chwilę do letnich miesięcy, kiedy me oko cieszyły jak zwykle niezwykłe okazy działkowej roślinności, które to- oprócz kochanych wnuś rzecz jasna- są oczkiem w głowie moich rodziców.

Miłego oglądania.











Bałtów i inne atrakcje

Ania nie mogła narzekać na brak atrakcji w tym roku. Poza szaleństwami na wsi korzystała także z uroków pięknego regionu świętokrzyskiego. Najbardziej chyba wspomina wizytę w parku pełnym dinozaurów i innych gadów. Poza niezliczoną ilością wyżej wspomnianych eksponatów, umieszczonych w niezwykle realistycznych pozach, najstarsza ma córka mogła również zobaczyć wioski z ery kamienia łupanego, zabawić się w prehistoryczna układankę, zobaczyć trójwymiarowy okaz filmów o tej tematyce. Park w Bałtowie- bo o nim mowa- oferuje szereg atrakcji dla najmłodszych, trochę starszych no i tych już zupełnie dorosłych. By nie być gołosłowną zaprezentuję to na kadrach poniżej. Matka niestety nie mogła uczestniczyć w tych wszystkich atrakcjach, bo była w tym czasie w szpitalu. Myślę jednak, że jak dziewczyny podrosną pojedziemy tam jeszcze raz.

Oprócz wycieczki do parku jurajskiego dziadkowie zadbali także o dość swoistą atrakcję. 6 sierpnia jest dniem, gdy w pobliskim Łagowie odbywa się odpust. A to wszystko w związku z patronem kościoła w Łagowie, czyli św. Michałem. Dla dziecka tak żywiołowego jak Ania, poza aspektem duchowym oczywiście, moc atrakcji, która towarzyszy takim wydarzeniom stanowi świetną okazję do plądrowania straganów. z tego co wiem Ania wróciła do domu bogatsza o różne przedmioty m.in. pierścionki, bransoletki i wachlarz. Zabawy miała sporo.

Poza takimi wyjazdowymi sprawami, Ania codziennie jeździła na rowerze, rolkach lub hulajnodze. Zajadała się czereśniami i pomagała babci i dziadkowi. Tak teraz się zastanawiam- co dla niej było fajniejsze : te tzw. atrakcje czy może " to wszystko inne- zwykłe-niezwykłe" ?!