Wszelkie zdjęcia i teksty zamieszczone na tym blogu są objęte prawami autorskimi. Kopiowanie i rozpowszechnianie ich bez zgody autora jest ZABRONIONE!!!

piątek, 21 września 2012

U-R-L-O-P always comes to an end...

Było fantastycznie... Tak mogę szybko podsumować.

Urlop bez wyjazdów nad morze czy inne rejony Polski.

Urlop w Złotej Wodzie i w Kielcach.

Urlop przez nas wyczekiwany.

W tym roku- ze względu na różne plany, które z Piotrkiem mamy- spędzony w moich rodzinnych, ukochanych stronach. Tak na dobrą sprawę, odkąd mieszkamy pod Warszawą i pracujemy w stolicy, takie miejsce jak Złota Woda staje się prawdziwą oazą spokoju, miejscem rewelacyjnym, by się zregenerować, by przemyśleć wiele spraw, by poukładać w głowie wydarzenia ostatniego roku. Chyba jeszcze nigdy tak bardzo nie czekałam na urlop. Moje zmęczenie sięgało zenitu, a zapał do pracy gdzieś się ulotnił.

W rodzinnych stronach spędziłam z Anią niespełna trzy tygodnie. Piotrek, z przerwami, zaledwie tydzień. Mimo to mieliśmy wreszcie trochę czasu dla siebie.

Mój wymarzony odpoczynek to nie leżenie do góry brzuchem, wygrzewanie się w promieniach słońca...
Kocham działkę i wszystko to, co można na niej robić.
Tak więc urlop spędzony w większości na plewieniu, porządkowaniu, zbieraniu owoców.
Wszystkiemu towarzyszyła także aura zbliżającego się wielkimi krokami ślubu mojej Sis.
Jak wiadomo, przed takimi uroczystościami zawsze jest co robić. Dzięki temu, że czas ten spędzaliśmy na wsi, Ania mogła się wybiegać, wyszaleć. Oczywiście bez jej lekkiego łobuzerstwa się nie obyło. Za to mogła objadać się owocami zrywanymi prosto z drzewa lub krzaka. Królowały śliwki ( z których dziadkowie swoją drogą zrobili pyszne powidła) oraz maliny. Malin ilość tak wielka, że przerobienie tego graniczyło z cudem. Tym sposobem wiem, że zimą będę mogła rozkoszować się zapachem i smakiem gorącej herbaty z sokiem malinowym. Poza tym Ania znalazła jeszcze jedną wyjątkową zabawę- podbieganie do rozstawionych na ogrodzie urządzeń do podlewania. Gdy tylko miała okazję, wskakiwała pod wodne fontanny. Traciło sens przebieranie jej, bo po minucie i tak wracała przemoczona do suchej nitki. Szaleństwo w czystej postaci, ale takie mega pozytywne. My zrywaliśmy boki ze śmiechu obserwując to całe wodne zamieszanie.

Myślę, że czas spędzony z babcią i dziadkiem był dla Ani wyjątkowy. Zdarzało jej się sposobem wyciągać dziadka z łóżka, by za chwilę samej wskoczyć pod ciepłą kołderkę. Babcia za to robiła najlepsze śniadanka pod słońcem.

A i zapomniałam wspomnieć, że ostatni tydzień urlopu spędzony był w towarzystwie dwóch wspaniałych dam- Wiki i Marceliny. Teraz mam wreszcie wyobrażenie jak to jest mieć trójkę dzieci. Chociaż dziewczynki są kochane, to jako trio naprawdę potrafią dać do wiwatu. Mimo to myślę, że towarzystwo siostrzyczek wyraźnie Ani służyło.

A co zostało dla mnie... czas który mogłam spędzić z osobami, które tak bardzo kocham, z którymi mogę rozmawiać o wszystkim, nie bojąc się oceny.

Kochani rodzice dziękuję Wam za ten czas... Bez was to nie byłoby to samo...

Kadry letnio- urlopowe po reanimacji komputera :)

wtorek, 18 września 2012

Wieczór panieński Agi

Co do zasady blog jest w największej części o Ani- to dla niej wiele sytuacji chcę opisać.
Nie zmienia to faktu, że w naszym życiu inne ważne wydarzenia mają miejsce, które także warto odnotować.
Jednym z nich był wieczór panieński mojej Sis i wieczór kawalerski Pitera.
Działo się kochani, działo.
Jak dobrze, że są dziadkowie, bo Ania mogła się wybawić z dziadkiem Marianem i babcią Stasią, w czasie kiedy my imprezowaliśmy.

Dawno tak nie zabawiliśmy. Przy kolejnych przeprowadzkach nasze grono znajomych skurczyło się do granic możliwości. Pozostali najwierniejsi. Tym sposobem każda możliwość spotkania z ciekawymi ludźmi jest przez nas wykorzystywana.

Zasadniczo miały być dwie imprezy. Zasadniczo... bo jak się okazało, co komu pisane, tego się nie uniknie.

Pierwsza atrakcją popołudnia i wieczoru była wspólna zabawa spod znaku paintballa. Rewelacja...
Urządziliśmy sobie wojnę dziewczyny vs faceci. Każdy miał swoją strategię, ale to co nas w tym wszystkim łączyło, to świetna zabawa. Dziś, kiedy przypominam sobie swojego brata, który myślał, że potrafi poruszać się jak Rambo, od razu uśmiech pojawia się na mojej twarzy. W każdym razie zabawa była przednia. Co prawda dla mnie zakończyła się ona olbrzymim ( średnica ok. 7 cm) siniakiem, ale cóż- life is brutal.

Po paitballu nastąpiło rozłączenie imprez. Dziewczyny u siebie, chłopaki u siebie.

Posiedziałyśmy, posączyłyśmy napoje z % i na miasto. Wchodząc do klubu stwierdziłam, że chyba mam przewidzenia, bo wydawało mi się, że widzę Piotrka. Zwaliłam to na napoje wyskokowe. Po kilkukrotnym upewnieniu się, czy aby na pewno mam zwidy, stwierdziłam, że to nie możliwe. Okazało się, że panowie wybrali dokładnie ten sam lokal co my. Tym sposobem impreza zakończyła się na wspólnym świętowaniu ostatnich dni wolności " Młodych".

Następny dzień nie był już tak lekki, jak poprzedni. Dziękuję, za leki, które wynaleziono na syndrom dnia poprzedniego. Dzięki temu mogliśmy jakoś spokojnie wrócić do Wawy.

A co nas dodatkowo uratowało to fakt, że za dwa dni miałam wrócić do moich Kielc na prawie trzytygodniowy urlop.

Ania została już z dziadkami, my wróciliśmy, odpracowaliśmy swoje i rozpoczął się ten czas w roku, na który chyba każdy z nas czeka- URLOP!!!



Wizyta babci Ewy

W Radzyminie mieszkamy od stycznia, ale przy obecnym pędzie , w jakim wszyscy żyjemy, czasu na wizyty mamy niewiele. Wydaje mi się, że nasza rodzina nie jest wyjątkiem. Dobrze, że są wakacje i okres urlopowy. Tym sposobem w nasze skromne progi zawitała babcia Ewa, wykorzystując przy tym część swojego urlopu. Ani radość duża, bo była to kolejna okazja do "wagarowania" od przedszkola.

Z opowiadań babci i Ani wynika, że dni spędzały na spacerach, wspólnych zabawach. Obowiązkowym punktem programu stała się też wizyta w naszej ulubionej cukierni. Swoją droga mają tam pyszne lody włoskie, takie które pamiętam z dzieciństwa, prawdziwe.

Babcia dostawała lekkiego zawału, kiedy Ania zaczynała swoje popisy na placu zabaw. A Ania doskonale wie jak człowieka o taki mikrozawał przyprawić. Oczywiście nie można też zapomnieć o karmieniu kaczek w stawie obok przedszkola.

Myślę, że czas, który "dziewczyny" razem spędziły należał do udanych. Może  nie da się nadrobić czasu, ale zawsze warto zadbać, by ten teraźniejszy był jak najlepszy.

Kolejna wizyta póki co nie zaplanowana, ale kto wie... Pewnie my jakoś wybierzemy się do Wilkszyna z wizytą.

Oczywiście postaram się dorzucić kilka zdjęć jak tylko nasz szanowny sprzęt zostanie przez P. przywrócony do " normalnego " życia.


Bo pamięć krótka i ulotna bywa... cz. I Wrocław

Jak w tytule posta- dużo do napisania, a pewne rzeczy zwyczajnie mi uciekają. Z powodu kłopotów z naszym domowym komputerem sterta zdjęć czeka, bym się nimi zajęła. Do tego trzeba dołożyć nawał pracy i powroty do domu ok 19 codziennie i obraz teraźniejszości gotowy.
Nie ma się co jednak załamywać. Mam solidne postanowienie, że najwyższy czas wrzucić piąty bieg i niczego nie odkładać na później, bo w pewnym momencie masa nagromadzonych tematów rośnie do poziomu krytycznego. A bardzo bym nie chciała zobaczyć siebie płaczącej z tego powodu.

Ale do rzeczy...

Od ostatniego wpisu baaaardzo dużo się wydarzyło- zaczynając od wizyty we Wrocławiu, skończywszy na naszym urlopie w Złotej Wodzie.

Do Wrocławia po raz pierwszy wybraliśmy się korzystając z publicznego transportu. Odległość nam się zrobiła spora, bo to ponad 400km. A jak wiecie po całym tygodniu człowiek w piątek czuje się czasem jak z krzyża zdjęty i zwyczajnie nie chcieliśmy ryzykować. Skorzystaliśmy przy tym z usług Polskiego Busa, którym to od dłuższego czasu podróżował mój P. Ania zadowolona , całą noc przespała. Do Wilkszyna dotarliśmy w sobotni poranek. Odebrał nas dziadek Janusz. Ania wyściskała go bardzo, potem to samo było z babcią Ewą. W sumie spędziliśmy we Wrocławiu niecałe dwa dni. Niby niewiele, ale za to Ania mogła pobyć z dziadkami, pobawić się z Agatką i poszaleć w przydomowym ogródku.

Były też spacery po lesie, który ma swój klimat. Często można spotkać biegające zające i sarny. Ponoć są też dziki, z którymi swoja droga tak chętnie spotykać bym się nie chciała.

Po tych dwóch dniach, które jak zwykle zleciały w ekspresowym tempie, nastał czas wyjazdu i kilkugodzinnej podróży, podczas której Ania nawet na chwilę nie zmrużyła oka. Za to jej pomysły rozbawiły większość naszych towarzyszy podróży.

A w następnym poście o wizycie babci Ewy w Radzyminie...