Wszelkie zdjęcia i teksty zamieszczone na tym blogu są objęte prawami autorskimi. Kopiowanie i rozpowszechnianie ich bez zgody autora jest ZABRONIONE!!!

środa, 5 grudnia 2012

O milczeniu...

Po pierwsze- tęsknię za blogiem, za pisaniem... jak ja tęsknię....
Zwariowany czas za nami i przed nami. Dzieje się tyle, że czasami nawet nie wiem w co ręce włozyć. Po mój ukochany aparat nie sięgałam już bardzo długo- jakby nie było za nim też tęsknię.
A powodem tego wariactwa jest oczywiście nasze nowe M. Klucze odebrane pod koniec października i można rzec, że od tego momentu rozpoczęła się prawdziwa walka z czasem.
Dla zainteresowanych- od dwóch tygodni mieszkamy " na swoim". Chciałoby się rzec "wreszcie", ale prawda jest taka, że tylko kilka miesięcy mieszkaliśmy u kogoś. Teraz różnica jest jedna- wreszcie mieszkamy w miejscu, na które sami pracujemy, które nie jest prezentem od nikogo.
Warunki póki co spartańskie. Po kilku rozmowach doszliśmy z P. do wniosku, że nie ma co zabierać starych ( choc w rzeczywistości wcale nie takich starych) rzeczy z naszego poprzedniego miejsca zamieszkania, bo sam transport, który rzecz jasna trzeba byłoby wynająć, kosztowałby krocie, a po drugie "świeże mieszkanie" aż się prosiło o nowiutkie wyposażenie. Tym sposobem, póki co z mebli nie posiadamy prawie nic- kilka regałów, które zamierzamy później wstawić do komórki, komoda, materace.
Za to łazienka praktycznie skończona, wszędzie ułożone podłogi, część ścian pokryta tapetami, część pomalowana.
Najważniejsze, że jest gdzie spać, gdzie się umyć i na czym ugotować. Reszta przyjdzie z czasem.
i jakoś tak na duszy lepiej. Własne cztery kąty.
A wracając do tytułu posta- od końca października nasze mieszkanie było placem budowy- stąd- jak się pewnie wszyscy domyślają- czas był na wagę złota.
Na pierwszy ogień poszło układanie płytek i gresów. W sumie dwa tygodnie. Panowie spisali się świetnie i jestem bardzo zadowolona z efektów ich pracy.
Po glazurkarzach przyszedł czas na podłogi. Początkowo planowaliśmy położyć w całym mieszkaniu panele- ostatecznie po namowach bliskich zdecydowaliśmy się parkiet. tym sposobem w salonie i sypialniach króluje dąb bielony. Mogę powiedzieć, że nie żałuję tej decyzji nawet przez chwilę. Koszta sporo wyższe- za to efekt i komfort korzystania niesamowity.
Długa droga przed nami. Na ten  zbliżający się rok planujemy zrobić drzwi ( no tak- chyba nie wspomniałam, ze póki co korzystamy z dobrodziejstwa grupach zasłon), kuchnię i szafy. Reszta- jak finanse pozwolą.

Mam nadzieje, że uda mi się zrobić kilka zdjęć i pokazać Wam jak to teraz jest :)
Póki co dobrego samopoczucia życzę i czasu... duzo czasu...

wtorek, 30 października 2012

Czyste płótno...

Tytuł trochę przewrotny, ale prawdziwy...
Mamy własne "niezamalowane płótno". Swoje... od początku do końca. Przyjdzie nam przynajmniej kilka lat na to "płótno" pracować, ale póki co cieszymy się każdą najmniejsza zmianą, jaka jest na nim dokonywana.
A chodzi o własne M.

Klucze odebrane tydzień temu w środę, prace zaczęły się już w czwartek. tym sposobem mogę patrzeć już na łazienkę, która praktycznie jest już skończona.

Wielka frajda z wybieraniem tych wszystkich niezbędnych rzeczy. Przed nami jeszcze długa droga, ale myślę  że małymi krokami wszystko zostanie urządzone tak, byśmy czuli się w mieszkaniu dobrze, żeby po całym dniu spędzonym w pracy/przedszkolu móc znaleźć ukojenie i spokój.

Osobiście- nie mogę doczekać się już wiosny, kiedy będę mogła posadzić na balkonie kwiaty, wystawić stolik i krzesła i napić się z mężem kawy...

Patrząc na to nasze "płótno" myślę sobie- kurcze- ale ja przecież ze zdolnościami "malarskimi" nie wiele mam do czynienia. Jednego jestem pewna- chaosu nie będzie. Wszystko uporządkowane, bez pozostawiania niczego przypadkowi.

Cieszę się też, że podejmujemy z Piotrkiem coraz śmielsze decyzje, ze mamy odwagę by to robić. Myślę, że takie podejście zaowocuje w przyszłości.

Póki co czekamy aż wszystkie brudne prace dobiegną końca. Wtedy przyjdzie czas na wybieranie mebli i sprzętów  W pierwszej chwili planowaliśmy zabrać przynajmniej kilka rzeczy z Kielc, ale po zastanowieniu doszliśmy do wniosku, że wreszcie mamy okazję urządzić tak mieszkanie , żeby wszystko ze sobą zagrało.

Trzymajcie kciuki, żeby jakoś nam udało się to ogarnąć.

wtorek, 16 października 2012

Ślub Agi i Piotra

No i stało się... moja kochana Sis nie jest już wolnym ptakiem, znalazła swoją druga polówkę  z którą postanowiła spędzić resztę życia.

Pamiętam wiele wspólnych chwil spędzonych razem- muszę jednak przyznać, że kiedy ją zobaczyłam w sukni ślubnej, zdałam sobie sprawę, że pewien etap w naszym życiu sie kończy, że od tego dnia zaczyna swoja wspólną podróż z P.

Mam nadzieję, że będzie jej się wiodło, i że w tym naszym zabieganym świecie nie zapomną o tym, co najważniejsze, o tym co przywiodło ich przed ołtarz.

Ceremonia była piękna, wesele również.

Poniżej kilka kadrów Agi i Pitera













piątek, 21 września 2012

U-R-L-O-P always comes to an end...

Było fantastycznie... Tak mogę szybko podsumować.

Urlop bez wyjazdów nad morze czy inne rejony Polski.

Urlop w Złotej Wodzie i w Kielcach.

Urlop przez nas wyczekiwany.

W tym roku- ze względu na różne plany, które z Piotrkiem mamy- spędzony w moich rodzinnych, ukochanych stronach. Tak na dobrą sprawę, odkąd mieszkamy pod Warszawą i pracujemy w stolicy, takie miejsce jak Złota Woda staje się prawdziwą oazą spokoju, miejscem rewelacyjnym, by się zregenerować, by przemyśleć wiele spraw, by poukładać w głowie wydarzenia ostatniego roku. Chyba jeszcze nigdy tak bardzo nie czekałam na urlop. Moje zmęczenie sięgało zenitu, a zapał do pracy gdzieś się ulotnił.

W rodzinnych stronach spędziłam z Anią niespełna trzy tygodnie. Piotrek, z przerwami, zaledwie tydzień. Mimo to mieliśmy wreszcie trochę czasu dla siebie.

Mój wymarzony odpoczynek to nie leżenie do góry brzuchem, wygrzewanie się w promieniach słońca...
Kocham działkę i wszystko to, co można na niej robić.
Tak więc urlop spędzony w większości na plewieniu, porządkowaniu, zbieraniu owoców.
Wszystkiemu towarzyszyła także aura zbliżającego się wielkimi krokami ślubu mojej Sis.
Jak wiadomo, przed takimi uroczystościami zawsze jest co robić. Dzięki temu, że czas ten spędzaliśmy na wsi, Ania mogła się wybiegać, wyszaleć. Oczywiście bez jej lekkiego łobuzerstwa się nie obyło. Za to mogła objadać się owocami zrywanymi prosto z drzewa lub krzaka. Królowały śliwki ( z których dziadkowie swoją drogą zrobili pyszne powidła) oraz maliny. Malin ilość tak wielka, że przerobienie tego graniczyło z cudem. Tym sposobem wiem, że zimą będę mogła rozkoszować się zapachem i smakiem gorącej herbaty z sokiem malinowym. Poza tym Ania znalazła jeszcze jedną wyjątkową zabawę- podbieganie do rozstawionych na ogrodzie urządzeń do podlewania. Gdy tylko miała okazję, wskakiwała pod wodne fontanny. Traciło sens przebieranie jej, bo po minucie i tak wracała przemoczona do suchej nitki. Szaleństwo w czystej postaci, ale takie mega pozytywne. My zrywaliśmy boki ze śmiechu obserwując to całe wodne zamieszanie.

Myślę, że czas spędzony z babcią i dziadkiem był dla Ani wyjątkowy. Zdarzało jej się sposobem wyciągać dziadka z łóżka, by za chwilę samej wskoczyć pod ciepłą kołderkę. Babcia za to robiła najlepsze śniadanka pod słońcem.

A i zapomniałam wspomnieć, że ostatni tydzień urlopu spędzony był w towarzystwie dwóch wspaniałych dam- Wiki i Marceliny. Teraz mam wreszcie wyobrażenie jak to jest mieć trójkę dzieci. Chociaż dziewczynki są kochane, to jako trio naprawdę potrafią dać do wiwatu. Mimo to myślę, że towarzystwo siostrzyczek wyraźnie Ani służyło.

A co zostało dla mnie... czas który mogłam spędzić z osobami, które tak bardzo kocham, z którymi mogę rozmawiać o wszystkim, nie bojąc się oceny.

Kochani rodzice dziękuję Wam za ten czas... Bez was to nie byłoby to samo...

Kadry letnio- urlopowe po reanimacji komputera :)

wtorek, 18 września 2012

Wieczór panieński Agi

Co do zasady blog jest w największej części o Ani- to dla niej wiele sytuacji chcę opisać.
Nie zmienia to faktu, że w naszym życiu inne ważne wydarzenia mają miejsce, które także warto odnotować.
Jednym z nich był wieczór panieński mojej Sis i wieczór kawalerski Pitera.
Działo się kochani, działo.
Jak dobrze, że są dziadkowie, bo Ania mogła się wybawić z dziadkiem Marianem i babcią Stasią, w czasie kiedy my imprezowaliśmy.

Dawno tak nie zabawiliśmy. Przy kolejnych przeprowadzkach nasze grono znajomych skurczyło się do granic możliwości. Pozostali najwierniejsi. Tym sposobem każda możliwość spotkania z ciekawymi ludźmi jest przez nas wykorzystywana.

Zasadniczo miały być dwie imprezy. Zasadniczo... bo jak się okazało, co komu pisane, tego się nie uniknie.

Pierwsza atrakcją popołudnia i wieczoru była wspólna zabawa spod znaku paintballa. Rewelacja...
Urządziliśmy sobie wojnę dziewczyny vs faceci. Każdy miał swoją strategię, ale to co nas w tym wszystkim łączyło, to świetna zabawa. Dziś, kiedy przypominam sobie swojego brata, który myślał, że potrafi poruszać się jak Rambo, od razu uśmiech pojawia się na mojej twarzy. W każdym razie zabawa była przednia. Co prawda dla mnie zakończyła się ona olbrzymim ( średnica ok. 7 cm) siniakiem, ale cóż- life is brutal.

Po paitballu nastąpiło rozłączenie imprez. Dziewczyny u siebie, chłopaki u siebie.

Posiedziałyśmy, posączyłyśmy napoje z % i na miasto. Wchodząc do klubu stwierdziłam, że chyba mam przewidzenia, bo wydawało mi się, że widzę Piotrka. Zwaliłam to na napoje wyskokowe. Po kilkukrotnym upewnieniu się, czy aby na pewno mam zwidy, stwierdziłam, że to nie możliwe. Okazało się, że panowie wybrali dokładnie ten sam lokal co my. Tym sposobem impreza zakończyła się na wspólnym świętowaniu ostatnich dni wolności " Młodych".

Następny dzień nie był już tak lekki, jak poprzedni. Dziękuję, za leki, które wynaleziono na syndrom dnia poprzedniego. Dzięki temu mogliśmy jakoś spokojnie wrócić do Wawy.

A co nas dodatkowo uratowało to fakt, że za dwa dni miałam wrócić do moich Kielc na prawie trzytygodniowy urlop.

Ania została już z dziadkami, my wróciliśmy, odpracowaliśmy swoje i rozpoczął się ten czas w roku, na który chyba każdy z nas czeka- URLOP!!!



Wizyta babci Ewy

W Radzyminie mieszkamy od stycznia, ale przy obecnym pędzie , w jakim wszyscy żyjemy, czasu na wizyty mamy niewiele. Wydaje mi się, że nasza rodzina nie jest wyjątkiem. Dobrze, że są wakacje i okres urlopowy. Tym sposobem w nasze skromne progi zawitała babcia Ewa, wykorzystując przy tym część swojego urlopu. Ani radość duża, bo była to kolejna okazja do "wagarowania" od przedszkola.

Z opowiadań babci i Ani wynika, że dni spędzały na spacerach, wspólnych zabawach. Obowiązkowym punktem programu stała się też wizyta w naszej ulubionej cukierni. Swoją droga mają tam pyszne lody włoskie, takie które pamiętam z dzieciństwa, prawdziwe.

Babcia dostawała lekkiego zawału, kiedy Ania zaczynała swoje popisy na placu zabaw. A Ania doskonale wie jak człowieka o taki mikrozawał przyprawić. Oczywiście nie można też zapomnieć o karmieniu kaczek w stawie obok przedszkola.

Myślę, że czas, który "dziewczyny" razem spędziły należał do udanych. Może  nie da się nadrobić czasu, ale zawsze warto zadbać, by ten teraźniejszy był jak najlepszy.

Kolejna wizyta póki co nie zaplanowana, ale kto wie... Pewnie my jakoś wybierzemy się do Wilkszyna z wizytą.

Oczywiście postaram się dorzucić kilka zdjęć jak tylko nasz szanowny sprzęt zostanie przez P. przywrócony do " normalnego " życia.


Bo pamięć krótka i ulotna bywa... cz. I Wrocław

Jak w tytule posta- dużo do napisania, a pewne rzeczy zwyczajnie mi uciekają. Z powodu kłopotów z naszym domowym komputerem sterta zdjęć czeka, bym się nimi zajęła. Do tego trzeba dołożyć nawał pracy i powroty do domu ok 19 codziennie i obraz teraźniejszości gotowy.
Nie ma się co jednak załamywać. Mam solidne postanowienie, że najwyższy czas wrzucić piąty bieg i niczego nie odkładać na później, bo w pewnym momencie masa nagromadzonych tematów rośnie do poziomu krytycznego. A bardzo bym nie chciała zobaczyć siebie płaczącej z tego powodu.

Ale do rzeczy...

Od ostatniego wpisu baaaardzo dużo się wydarzyło- zaczynając od wizyty we Wrocławiu, skończywszy na naszym urlopie w Złotej Wodzie.

Do Wrocławia po raz pierwszy wybraliśmy się korzystając z publicznego transportu. Odległość nam się zrobiła spora, bo to ponad 400km. A jak wiecie po całym tygodniu człowiek w piątek czuje się czasem jak z krzyża zdjęty i zwyczajnie nie chcieliśmy ryzykować. Skorzystaliśmy przy tym z usług Polskiego Busa, którym to od dłuższego czasu podróżował mój P. Ania zadowolona , całą noc przespała. Do Wilkszyna dotarliśmy w sobotni poranek. Odebrał nas dziadek Janusz. Ania wyściskała go bardzo, potem to samo było z babcią Ewą. W sumie spędziliśmy we Wrocławiu niecałe dwa dni. Niby niewiele, ale za to Ania mogła pobyć z dziadkami, pobawić się z Agatką i poszaleć w przydomowym ogródku.

Były też spacery po lesie, który ma swój klimat. Często można spotkać biegające zające i sarny. Ponoć są też dziki, z którymi swoja droga tak chętnie spotykać bym się nie chciała.

Po tych dwóch dniach, które jak zwykle zleciały w ekspresowym tempie, nastał czas wyjazdu i kilkugodzinnej podróży, podczas której Ania nawet na chwilę nie zmrużyła oka. Za to jej pomysły rozbawiły większość naszych towarzyszy podróży.

A w następnym poście o wizycie babci Ewy w Radzyminie...

poniedziałek, 30 lipca 2012

Wizyta Agatki i Magdy





Muszę troszkę podgonić z postami... Zaległości okrutnie mnie przygniatają... Ma to swoją przyczynę w tym, ile spraw mamy na głowie, ale o tym innym razem....

Na początku lipca odwiedziła nas siostra Piotrka Magda ze swoją córcią. Nie pytajcie jak to przeżyliśmy... dziewczyny jak dwa wulkany, nakręcające się nawzajem, z energią pułku wojska, nieobliczalne... Bilans - porządnie rozbite kolano Panny A. Ale warto było...
Ania cały tydzień nie chodziła do przedszkola, za to ciocia Magda zadbała o to by dziewczyny się nie nudziły.
Od zajęć plastycznych, czytaj malowanie, rysowanie, wyklejanie w te dni, gdy pogoda mogła spłatać figla, poprzez zabawy lalkami, wygłupy na materacach, po kilkugodzinne wypady na plac zabaw, bawialnię, nad Zalew Zegrzyński czy do Warszawy. 
Maksymalnie intensywny czas...
Myślę, że Ania bardzo zadowolona. w końcu to jakaś forma wakacji, odpoczynek od przedszkola, szybkiego porannego szykowania...
Poza tym nie mamy zbyt często okazji by bywać we Wrocławiu- odległość swoje robi, a budowanie rodzinnych relacji jest bardzo ważne.

Ciocia Magda lekko zmęczona tymi szaleństwami, ja zasypana zaległościami, Piotrek jako dyżurny zabawiacz małych dam... 












W kolejce jeszcze trochę zdjęć czeka na przygotowanie i wrzucenie, a ja z utęsknieniem oczekuję urlopu. 

Basenowe szaleństwa...


Była sobie kiedyś pogoda- pogoda piękna, bez deszczu... Najlepszy sposób na spędzenie czasu dla dzieciaków? Woda, duża ilość wody... Ile radości w tych zabawach. Ku mej radości na te szaleństwa jest i miejsce i czas... U brata w ogródku zaciszne  miejsce, my grillujemy, rozmawiamy, a dzieciaki szaleją... 
Inna sceneria- ukochana działka... Tam już zupełnie inne klimaty... Skoki do basenu z rozpędu.... Bokiem... Jak tylko się da... Dziewczyny tworzą zgrane trio i każdy pomysł jest przez nie łapany w lot.

A i jeszcze coś mi się przypomniało- siedzimy w domu u rodziców i podpytujemy Anię o sprzęty domowe typu kuchenka czy pralka, nagle Panna A. lekko zmęczona naszymi pytaniami tak rzecze: " Przestańcie już się pytać, bo mnie zaraz od tego głowa rozboli!!" No tak- umie się panna ustawić, tak by mieć święty spokój. Pytania, rzecz jasna, zakończyliśmy. 
Kilka "basenowych" kadrów













wtorek, 10 lipca 2012

Mały ekstremalny człowiek

Tak- zdecydowanie takimi słowami należałoby opisać naszą córkę. To prawdziwy hardcore. Czego to ona nie wymyśla. Jakoś wcześniej o tym nie pisałam, ale lato to taki szczególny czas kiedy wszelkie szaleństwa Panny A. wychodzą z zakamarków wyobraźni. I tak nie jest niczym strasznym zjeżdżanie po linie zawieszonej pomiędzy dwoma przeciwległymi końcami placu zabaw w różnych konstelacjach: normalnie tzn. na pupie, na kolanach na stojąco, z zamkniętymi oczami, byle szybciej, byle bardziej zwariowanie.
Ogrodowe baseny- tu spektrum szaleństwa jest zdecydowanie większe, bo.... skoki do wody mogą być wykonywane bokiem, do góry, tyłem, na brzuch.... nie należy zapominać o żadnej możliwości, choć podejrzewam, że moja wyobraźnia raczej nie jest już tak wielka , jak mej pierworodnej.
Poza tym jeszcze rower... tak rower, to- jakby ktoś nie wiedział- idealne narzędzie do wszelkiej maści popisów. I co z tego, że czasem się człowiek w drzwi nie zmieści i zaryje w futrynę, co z tego, że gwałtowny zakręt kończy się wywrotką. Jest adrenalina i chyba tylko to się liczy. Wszelkiej maści wspinaczki- na cokolwiek- drabinki, drabiny, ślizgawki, stoły, krzesła, ramy łóżek to też już codzienność.
Jednym słowem- mamy dziecko kaskadera. Aż strach pomyśleć co będzie za dwa , trzy lata...
Póki co wszystkie akrobacje pod czujnym okiem rodziców, babć, dziadków, ciotek, wujków- zawał odkładamy na później.

A tu kilka kadrów z ekstremalnego dnia dziecka, który zorganizowała ślubnego firma. Całość nad Zalewem Zegrzyńskim. Widać , że Młoda bawiła się wybornie.








A tu jeszcze jeden z zachodów słońca nad Radzyminem.......



niedziela, 17 czerwca 2012

Długi weekend czerwcowy

Nie tak to wszystko miało wyglądać... Innymi słowy nie mogę tego opisać...
Ale po kolei.
Ania do Kielc pojechała już w poniedziałek. Babcia Stasia na urlopie- więc nie mogliśmy odpuścić takiej okazji. Cały tydzień z dzadkami to jest COŚ. Ania zachwycona i nietęskniąca. Co uważam za sukces, ponieważ był to pierwszy tak długi pobyt dziecka bez rodziców u dziadków. Mój urlop stał pod wielki znakiem zapytania- u Piotraka z kolei o urlopie nie mogło być mowy.

Udało mi się dojechać na działkę w  czwartek ok godziny 11. Zaniepokoiła mnie panująca cisza. Nikt nie wyszedł mi naprzeciw, mimo, że widziałam stojące auta mojej siostry i brata. Wiecie jak to jest, kiedy czuje się jakiś wewnętrzny niepokój, że wyczuwa się w powietrzu specyficzną atmosferę. Ania nie wybiegła mnie przywitać.
Kiedy weszłam do domu wszystko szybko okazało się jasne. Po słowach mojej bratowej, żebym sobie usiadła, serce mi zamarło. Niestety przeczucie mnie nie zmyliło. Okazało się, że mój wujek był rano reanimowany i nie udało się go niestety uratować. Ehh... w takich chwilach człowiek znowu zdaje sobie sprawę, jak kruche jest nasze życie.

Tym sposobem, długi weekend, który miał być okazją do rodzinnego biesiadowania, zakończył się pożegnaniem bliskiej nam osoby.

Smutne to wszystko... Ja już chyba jednak nie mam siły na łzy... Ostatnie kilka miesięcy dało nam się we znaki pod tym względem. Modlę się o odrobinę wytchnienia... O to, byśmy z roku na rok spotykali się w większym gronie... by nikogo nie brakowało przy wspólnym stole... o to się modlę.


Dzieciaki, jak to dzieciaki, nie rozumieją jeszcze tego co się dzieje i pobyt u babci i dziadka był świetną okazją do zabawy na nowym placu zabaw.
Babcia z dziadkiem zaopatrzyli działkę w zjeżdżalnię z huśtawkami oraz nową , drewnianą piaskownicę.
Dziewczyny więc mają gdzie poszaleć.