Wszelkie zdjęcia i teksty zamieszczone na tym blogu są objęte prawami autorskimi. Kopiowanie i rozpowszechnianie ich bez zgody autora jest ZABRONIONE!!!

czwartek, 8 grudnia 2011

Chorobowo

Powoli trzeba nadrobić blogowe zaległości. Tyle się tego narobiło. Ale cóż zrobić kiedy taka masa obowiązków na głowie. Wczoraj mój organizm się zbuntował i ok. 21 już smacznie sobie spałam. No ale nie o tym miało być. Jakiś czas temu , tak w połowie listopada Ania nabawiła się okropnego kaszlu. Wędrówka do lekarza, zwolnienie na trzy dni i kurowanie w domu. Wyglądało, że choroba powiedziała już ostatnie słowo, a tu guzik. Cały poprzedni tydzień Ania spędziła w domu. Była wysoka gorączka, były wymioty no i powrót kaszlu. Od poniedziałku chodzi już do przedszkola. Mam nadzieję, że kuracja pomogła. Pewnie nie bez znaczenia jest fakt, że cały poprzednie tydzień spędziłam z Anią u moich rodziców. A i Piotrek wziął sobie urlop, więc mieliśmy wreszcie możliwość pobyć trochę ze sobą. Ania póki co wyleczona, za to redaktorka przejęła chorobowa pałeczkę i niestety musi leczyć się antybiotykiem. Tak mnie rozłożyło, że hej. Całe szczęście leki dobrze dobrane i da się funkcjonować.

A za oknem od wczoraj zima- taka ze śniegiem. Co prawda dziś to już tak naprawdę breja, ale cóż. W sumie to liczyłam na to, że śniegu w tym roku będzie jak na lekarstwo. Nie znoszę przemoczonych butów i tej ciągłej ślizgawki na chodnikach. Ale niebawem dzień zacznie się wydłużać, wiec zimę przegoni hen.

Pasowanie na przedszkolaka

25 listopada odbyło się w Ani przedszkolu pasowanie. Trochę późno, ale zawsze. I w zasadzie na tym mogłabym zakończyć swoją relację, ponieważ nikt w przedszkolu nie raczył mnie poinformować o tym fakcie. Ponoć były rozdawane zaproszenia, ale ja zaprowadzam i odbieram Anię wtedy, gdy nie ma już wychowawczyni Ani grupy. Moje rozgoryczenie i żal o to, że nie mogłam tam być było ogromne. Po pierwsze Ania była jedynym dzieckiem, do którego nikt nie przyszedł ( no bo jak miał przyjść , jak nie wiedział). Po drugie była ubrana tak po przedszkolnemu- patrz spodnie i bluza. Nie miało to za wiele wspólnego z strojem na akademię. No tylko siąść i płakać. Niestety nie miałam jeszcze okazji porozmawiać z panią dyrektor ani z panią Sylwią. Nie wyobrażam sobie, by takie sytuacje miały się powtórzyć. Ania powiedziała mi tego dnia, że było jej smutno, ze nie przyszłam. Wytłumaczyłam jej , jaki był tego powód i w tym momencie to ona zaczęła mnie pocieszać i mówić, żebym sie nie martwiła, bo ona to mi wszystko opowie. Kochane dziecko. Szkoda, że nie mam ani jednego zdjęcia, nic, co pozostało by na dłużej. 
Życie i tyle....

niedziela, 13 listopada 2011

Kilka słów

Sporo się dzieje, szkoda tylko, że kosztuje nas to tyle... Pod koniec października odszedł mój dziadek. Miał 90 lat- piękny wiek powiecie. Dla nas to i tak za krótko. Ale trudno o tym pisać....

Mamy połowę listopada, śniegu póki co brak. Wcale za nim nie tęsknię - wręcz przeciwnie. korzystamy z pogody na tyle, na ile się da. Niestety chłodne dni to już codzienność, no i po powrocie niestety jest już ciemno. Za to weekend to już zupełnie inna bajka. Ostatni udał nam się wyjątkowo. Pojechaliśmy na wieś. Mimo dość niskich temperatur udało nam się trochę przygotować działkę do zimy. Ania szalała jak zwykle. Trudno ją utrzymać w jednym miejscu. Ale to jest właśnie cała ona- i nie zaprzeczę, jeśli ktoś powie, że ma tak po mamusi.

















niedziela, 6 listopada 2011

P.S. I love You / ku pamięci...

Kochany dziadku!!!

Nie ma Cie już przy nas, pozostałą pustka, której nikt nie wypełni. Pozostają wspomnienia wszystkich chwil... I tylko one.... Wciąż nie mogę uwierzyć w to, że przypadek sprawił że odszedłeś. Tyle chciałabym ci powiedzieć, o tyle rzeczy zapytać, ale to będzie musiało poczekać jeszcze jakiś czas... kiedy zobaczymy się po tamtej stronie. Wielu rzeczy mogę żałować, ale mam cichą nadzieję, że kiedy leżałeś w szpitalu, czułeś naszą obecność i nadzieję, że to nie koniec. Wypowiadane wielokrotnie "kocham Cię Dzidziusiu" nigdy nie były tak szczere. A teraz cóż nam tu pozostaje... wierzyć, że jest Ci tam dobrze, że nie ma trosk i smutku. Nie martw się o nic. To ty przecież nauczyłeś nas siły i wiary. A teraz przychodzi nam twoją lekcję dobrze odrobić. Tęsknię... i będę o tobie zawsze pamiętać.

Ania

P.S. Kocham Cię !!!

wtorek, 18 października 2011

W jesiennym klimacie

Dzisiejsze popołudnie, spacer po pobliskim parku, zabawa liśćmi, szukanie ostatnich kasztanów... Miło spędzony czas... zamknięty w kadrze...









Wrocław- Wilkszyn

W poprzedni weekend wybraliśmy się naszą trójką do Wrocławia, choć powinnam w zasadzie napisać do Wilszyna, bo tam teraz mieszkają moi teściowie. Rzadko tam jeździmy- powód banalny- ledwie mamy czas by pobyć razem, a podróż 350 km w jedną stronę jakoś średnio nam leży. Ania zawsze bardzo żywo reaguje na wieść o tym, że mamy wybrać się do dziadków, szczególnie, że spotyka tam Agatkę. Dziewczyny jak już się ze sobą zetkną, to jakby tornado przez dom przechodziło. Nigdy nie wiadomo co im może przyjść do głowy. A mnie na samą myśl o ich pomysłach przechodzą ciarki.
Tym razem pogoda średnio nam dopisała- były to pierwsze dni jesiennego ochłodzenia, którym dodatkowo towarzyszyło sporo deszczu. Ania spędziła trochę  czasu z dziadkami, z siostrą cioteczną, ciocią Magdą i wujkiem Tomkiem. My z Piotrkiem spotkaliśmy za to naszych starych znajomych- a w zasadzie Piotrka znajomych.









Czas spędzony miło. I do następnego razu...

Moja baletnica

Ania kocha taniec i wszystko co z nim związane. W sklepie zawsze matulę namawia na jakieś akcesoria do tańca. Ale ja jestem czasami nieugięta. W każdym razie taniec zaczyna być jedną z jej pasji. Bez zbędnych słów... nasza mała "baletnica" w kadrze.








Zaległościom mówię stop cz. I

Oj tak- zdecydowanie częstotliwość pisania mego w ostatnim czasie nie należała do najlepszych, ale nie zamierzam nad tym ubolewać. Trochę zaległych fotek czeka na wrzucenie- tych z dni słonecznych, prawie letnich. Sporo się ostatnio u nas działo. Był mój egzamin, który swoją drogą zdałam, był wyjazd do Wrocławia, ale było też wydarzenie dla mnie bardzo przykre- odszedł od nas mój ojciec chrzestny. Tym sposobem sprawdziło się jak nic- życie ma jednak słodko- gorzki smak. Kwestia zdanego egzaminu cieszy mnie o tyle, że przybliżam się do wyznaczonego celu, co w zaistniałej sytuacji domowej jest moim osobistym sukcesem. O wyjeździe do Wrocławia schreibnę coś w innym poście, a o wujku pisać nie chcę.

A teraz z innej beczki. O Ani słów kilka. Z wiadomości przedszkolnych dwie najważniejsze- Ania chodzi dwa razy w tygodniu na angielski i do tego mieliśmy też możliwość zapisania jej na tańce. Moja radość z tego powodu niezmierna- w poprzednim państwowym przedszkolu o takim czymś nie mogło być mowy. Na nic zdawały się tłumaczenia, że Ania sobie poradzi, że już długo (jak na swój wiek) uczestniczy w takich zajęciach, bo w prywatnym przedszkolu to standard. Ale to wszystko to jak rzucanie grochem o ścianę.... cóż, jeśli komuś się nie chce- to się nie chce. I już.

Jutro dzieciaki wybierają się na wycieczkę do Muzeum Wsi Kieleckiej. Ania już od dwóch tygodni o tym opowiada. A brzmi to mniej więcej tak: " Mamo a my jedziemy do takiego miejsca, gdzie są stare domy. I tam ludzie nie mieli telewizorów i lampy też. No i jeszcze prąd im zabrali". Mnie od tych opowieści ze śmiechu czasami brzuch chce pęknąć. Ale tu kolejny plus dla pań z przedszkola.

Dzieć serwuje także w domu, w ilościach hurtowych piosenki, wierszyki, i gry zespołowe. Do owych gier angażowani są oczywiście wszyscy znajdujący się w pobliżu domownicy. I tym sposobem w niektóre popołudnia można spotkać redaktorkę owego bloga, anuszkowego tatę, anuszkowego dziadka jak skaczą po przedpokoju na jednej nodze. Uff całe szczęście nikt tego nie nagrywa.

A poniżej moja ulubiona piosenka śpiewana przez Anię namiętnie:
"Czerwone jabłuszko, przekrojone na krzyż,
Czemu ty dziewczyno krzywo na mnie patrzysz?
Gęsi za wodą, kaczki za wodą,
Uciekaj dziewczyno bo Cię pobodą,
ja ci buzi dam, ty mi buzi dasz,
ja cię nie wydam, ty mnie nie wydasz"

Kilka fotek wczesnojesiennych- a ja już tęsknię za ciepłymi dniami.